Ks. Robert Kwatek – TAJEMNICA EUCHARYSTII

W drodze do Wieczernika

Mamy mówić o Mszy świętej. Zaczniemy jednak trochę nietypowo i jakby nieco obok tematu, bo od sakramentu pokuty, a dokładnie rzecz biorąc od spowiedzi, czyli wyznania grzechów.

To jest sytuacja, w której człowiek ujawnia prawdziwe oblicze swojej wiary. To właśnie w oparciu o wyznania wypowiadane w konfesjonałach można by zredagować raport o autentycznym stanie wiary nie tylko jednego człowieka, ale także całej wspólnoty wiernych. Oczywiste jest, że takiego raportu nikt nie napisze i nie opublikuje. Jednak spowiednicy, jako roztropni lekarze dusz, przy powtarzających się u wielu osób podobnych symptomach choroby jaką jest grzech, mogą, a nawet powinni zauważyć, niebezpieczeństwo rodzącej się epidemii. Proszę się nie obawiać, że zostanie tutaj wyjawiona tajemnica spowiedzi. Nie chodzi bowiem o to, co mówimy w wyznaniu grzechów, ale właśnie o to, czego w nim nie mówimy.

Paradoksalnie bowiem, o braku pobożności i wrażliwości moralnej penitenta nie świadczy ciężar i powaga wyznanych grzechów, lecz to czego w swym wyznaniu nie porusza. Proszę byśmy postarali się to dobrze zrozumieć. Wyznanie nawet najcięższych grzechów i doświadczenie żalu z ich powodu świadczy lepiej o prawdziwej pobożności i zdrowej wrażliwości moralnej niż bagatelizowanie czy wręcz pomijanie problemów wiary i życia.

Zapytajmy zatem samych siebie: Czy zdarzyło nam się spowiadać z tego, że uczestniczyliśmy we Mszy świętej, a nie przystąpiliśmy do Komunii? Zaryzykuję stwierdzenie, że prawdopodobnie nikt się z tego nie spowiada. Zapytamy, czy to jest grzech? Nie jest to uczynek zły w swej istocie, ale przecież jest to wyraźne zaniedbanie dobra i to dobra dla chrześcijanina największego. Jeśli taka sytuacja trwa przez szereg tygodni i nie wzbudza żadnych wyrzutów sumienia, to przecież wyraźnie w relacji człowieka do Pana Jezusa coś jest nie tak. A przecież takie zjawisko w naszych kościołach to prawdziwa epidemia.

Dla porównania warto wiedzieć, że w starożytnym Kościele uczestniczenie w Eucharystii było w sposób oczywisty związane z udziałem w Komunii. Natomiast trzykrotne pod rząd dobrowolne opuszczenie niedzielnej Eucharystii powodowało wykluczenie ze wspólnoty. Uważano bowiem, że taka postawa świadczy o zupełnym lekceważeniu Ofiary Chrystusa, której owocem jest przecież zbawienie. Lekceważenie to przyjmowano za brak wiary i w konsekwencji wykluczano z grona wierzących.

Gdyby takie kryteria zastosować do naszych parafii zapewne bardzo by się uszczupliły liczebnie. Tymczasem dzisiaj nawet wielokrotna nieobecność na Mszy świętej lub notoryczne zaniedbywanie Komunii nie powoduje żadnych sankcji. I tak narasta obojętność wobec Eucharystii. Największym problemem uczestniczenia we Mszy świętej jest właśnie brak takiego problemu w świadomości wiernych. Chodzimy do kościoła, ale czy rzeczywiście prawdziwie i w pełni uczestniczymy w Eucharystii?

Być może zabrzmi to co najmniej dziwnie, ale wydaje się, że powodem zaniedbywania Komunii we Mszy świętej jest cnota grzeczności.

Grzeczność to poprawne zachowanie wynikające z obyczajów. To dbałość o formę, zewnętrzną oprawę, w pewnym sensie o pozór, który w patrzących z boku wzbudza przeświadczenie prawdziwego dobra. Niestety z czasem także i w tych, którzy zachowują się układnie i elegancko, rodzi się przekonanie, że to co jest zewnętrzną oprawą w zupełności wystarcza. Tak właśnie następuje utrata prawdziwego dobra i zastąpienie go na trwałe pozorem.

Jak ten mechanizm pozorów działa we Mszy świętej? Otóż Msza święta jest bardzo głębokim duchowo wydarzeniem. Bez wątpliwości jest wydarzeniem mistycznym. Jest udziałem w wydarzeniu śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Bardzo trudno jest przeżywać Mszę świętą w poczuciu osobistej odpowiedzialności za Jego śmierć i autentycznej zgodzie na przyjęcie daru nowego życia ofiarowanego w Komunii św. Takie zaangażowanie wymagałoby bowiem zawsze decyzji gruntownego nawrócenia. O wiele łatwiej jest być odświętnie ubranym obserwatorem i spełnić formalny obowiązek. To grzeczność wobec Pana Boga i wobec tradycji wychowania chrześcijańskiego. Grzeczność i nic więcej. Grzeczność, która przez elegancję fałszywie uspokaja sumienie.

Tymczasem Jezus nie dał swoim uczniom żadnej szansy na zachowanie pozorów. Wprowadził ich na Ucztę, w której sam całkowicie ofiarował siebie Bogu za zbawienie ludzi. Już samo to, co działo się na Uczcie, było szokiem dla uczniów. Piotr nie chciał się zgodzić na umywanie nóg. Zapewne także dziwiły uczniów słowa wypowiadane nad chlebem i winem „To jest Ciało moje, To jest Krew moja.. Ale to jeszcze nie wszystko.

Konsekwencją słów i gestów spełnianych w czasie Uczty była męka i śmierć na Krzyżu. Apostołowie pouciekali spod krzyża. Nie byli w stanie znieść realizmu tych wydarzeń. Pozostała im tylko Pamiątka – gest łamania chleba i błogosławieństwa wina, którą mieli dalej spełniać we wspólnocie Kościoła. Spełniali ją zapewne wielokrotnie przez lata posługi apostolskiej i za każdym razem coraz bardziej przybliżali się do przeżycia osobistej ofiary. Wreszcie to, co spełniali w znakach spełniło się ostatecznie w pełni i w ich życiu. Wszyscy, z wyjątkiem Jana zginęli śmiercią męczeńską jako świadkowie Chrystusa. Jan otrzymał inne powołanie. Jego ofiarą było mistyczne uczestniczenie w apokaliptycznej wizji ostatecznego przyjścia Chrystusa. Przeżywał śmierć i zmartwychwstanie w duchowej wizji końca świata.

Na tym właśnie polega istota Eucharystii. W niej Jezus Chrystus składa Ofiarę Bogu z samego siebie i karmi nas swoim Ciałem, abyśmy i my byli zdolni tak jak On całkowicie siebie ofiarować. Znamienne jest, że pierwsza Msza święta sprawowana przez Jezusa w Wieczerniku była jednocześnie Ostatnią Wieczerzą. Ostatnią, to znaczy wieńczącą całe życie służby Bogu i ludziom.

Święty Jan nie pozostawia nam cienia wątpliwości, o co chodziło w tym wydarzeniu. „Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty syna Szymona, aby Go wydać, wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany.”(J 13,1-5)

Eucharystia jest więc wydarzeniem przejścia z tego świata do wieczności. Wydarzeniem, w którym można uczestniczyć w pełni w tedy, gdy ma się świadomość dzieła swego życia. Wtedy, gdy ma się świadomość tego, że wszystko w życiu jest darem Boga i wszystko Jemu warto złożyć w ofierze. Świadomość swego pochodzenia od Boga i pragnienia całkowitego należenia do niego w wieczności. Świadomość tego, że jedynym sensem życia jest służba Bogu i bliźnim w miłości.

Świadkiem takiego przeżywania Eucharystii jest w naszych czasach papież Jan Paweł II. Zauważmy, że służąc Bogu i Kościołowi przez cały pontyfikat dokonywał wielu dzieł i poruszał w nauczaniu różnorodne problemy wiary i moralności. Eucharystia stała się tematem ostatniego roku jego życia i nauczania. To tak, jakby przez wszystkie lata codziennej posługi uczył się coraz doskonalszego ofiarowania siebie, aż wreszcie osiągnąwszy świadomość pełni swego dzieła, mógł je zwieńczyć nauką i świadectwem ostatecznego oddania siebie Bogu. Przez całe życie przybliżał się w sposób duchowy do Wieczernika i Golgoty. Umierał złożony cierpieniem jak męczennik. Niewątpliwie jego Msza święta była wypełniana rzeczywistą ofiarą służby i cierpienia. Rok Eucharystii był jakby Ostatnią Wieczerzą w życiu Jana Pawła II.

Uczestnicząc we Mszy świętej mamy zatem uczyć się składania Bogu w ofierze samych siebie. Nasze życie to nieustanne dojrzewanie do ofiary. To szansa nieustannego wzrostu w świadomości kim jesteśmy, kim stajemy się i kim będziemy, gdy życie dobiegnie kresu.

Msza święta jest więc jakby lekcją, w której uczymy się coraz doskonalszego zjednoczenia z Bogiem przez ofiarę. W naszej słabości trzeba, abyśmy powtarzali tę lekcję nieustannie. Krótko mówiąc Eucharystia jest sensem życia chrześcijanina, a my uczestnicząc w niej mamy uczyć się odkrywać ten sens i coraz bardziej świadomie dążyć do złożenia z siebie ofiary.

Bardzo trafnie o znaczeniu ofiary w życiu człowieka napisał Mitch Albon: „Ofiara jest częścią życia, czasem najlepszą. Tym właśnie powinna być. To nie jest coś czego należy żałować. Wręcz przeciwnie, to coś, do czego należy dążyć. Małe ofiary. Wielkie ofiary. Matka pracuje żeby syn mógł chodzić do szkoły. Córka rezygnuje z pracy, aby zająć się chorym ojcem. Mężczyzna idzie na wojnę. (…) Czasami, gdy składasz w ofierze coś na prawdę cennego, wcale tego nie tracisz, tylko przekazujesz to komuś innemu.” (Mitch Albon. Pięć osób, które spotykamy w niebie).

Nasze życie jest zatem drogą do Wieczernika. Jego celem jest całkowite ofiarowanie siebie Bogu. Do osiągnięcia tego celu jesteśmy przygotowani już od Chrztu świętego. Jak mówi nam Święty Paweł, Chrzest jest zanurzeniem w śmierci Chrystusa. Jego śmierć dokonała się przez Ofiarę. Nasz chrzest jest zatem niczym innym jak wstępem i formalnym uzdolnieniem nas do złożenia ofiary. Właśnie po to podczas Chrztu zostaliśmy namaszczeni świętym olejem na znak naszego udziału w potrójnej misji Chrystusa – Proroka, Kapłana i Króla.

Namaszczenie na proroka jest uzdolnieniem do przyjęcia i zrozumienia prawdy pochodzącej od Boga. Jest to dar udzielony nam po to, byśmy umieli przyjąć znaczenie nauki o krzyżu Jezusa Chrystusa, czyli o ofierze w której mamy prawdziwie uczestniczyć. Bez tego daru nie bylibyśmy zdolni zaakceptować powołania do złożenia ofiary ze swego życia. Mówi nam o tym święty Paweł w liście do Koryntian.

Nauka bowiem krzyża głupstwem jest dla tych, co idą na zatracenie, mocą Bożą zaś dla nas, którzy dostępujemy zbawienia. Napisane jest bowiem: Wytracę mądrość mędrców, a przebiegłość przebiegłych zniweczę. Gdzie jest mędrzec? Gdzie uczony? Gdzie badacz tego, co doczesne? Czyż nie uczynił Bóg głupstwem mądrości świata? Skoro bowiem świat przez mądrość nie poznał Boga w mądrości Bożej, spodobało się Bogu przez głupstwo głoszenia słowa zbawić wierzących. Tak więc, gdy Żydzi żądają znaków, a Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan, dla tych zaś, którzy są powołani, tak spośród Żydów, jak i spośród Greków, Chrystusem, mocą Bożą i mądrością Bożą. (1 Kor 1,18-24).

To właśnie udział w prorockiej misji Chrystusa sprawia, ze nauka krzyża nie jest dla nas głupstwem tylko mocą i mądrością Bożą. Namaszczenie na proroka na wzór Jezusa Chrystusa daje nam możliwość odczytania znaczenia Jego ofiary na krzyżu dla naszego zbawienia. To namaszczenie sprawia, że budzi się w nas pragnienie uczestniczenia w ofierze krzyża.

Drugim darem udzielonym nam na Chrzcie świętym jest uzdolnienie do posługi kapłańskiej. Dzięki niemu możemy spełnić posłannictwo ujawnione w misji prorockiej. Jednakże w sensie ścisłym prawdziwym kapłanem jest tylko Jezus Chrystus. To On ma taką władzę, aby to co ludzkie, przemienić w to, co może należeć do Boga. Jezus Chrystus jest jedynym Pośrednikiem takiej przemiany.

W liście do Hebrajczyków czytamy: „Chrystus bowiem wszedł nie do świątyni, zbudowanej rękami ludzkimi, będącej odbiciem prawdziwej /świątyni/, ale do samego nieba, aby teraz wstawiać się za nami przed obliczem Boga, nie po to, aby się często miał ofiarować jak arcykapłan, który co roku wchodzi do świątyni z krwią cudzą. Inaczej musiałby cierpieć wiele razy od stworzenia świata. A tymczasem raz jeden ukazał się teraz na końcu wieków na zgładzenie grzechów przez ofiarę z samego siebie. A jak postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd, tak Chrystus raz jeden był ofiarowany dla zgładzenia grzechów wielu, drugi raz ukaże się nie w związku z grzechem, lecz dla zbawienia tych, którzy Go oczekują.” (Hbr 9,24-28)

Rzeczywiście! Jezus Chrystus jest jedynym Kapłanem, jedynym Pośrednikiem pomiędzy wszystkimi ludźmi a Bogiem. Jednak Jego posługa pośredniczenia nie działa automatycznie i dla człowieka nie jest koniecznością. Gdyby tak było, nic by od nas nie zależało. Nasze dobre czy złe postępowanie nie miało by żadnego znaczenia. Nie byłoby żadnej różnicy pomiędzy świętym a zbrodniarzem. Wszyscy, niezależnie czy tego by chcieli, czy nie, zostaliby niejako przymuszeni do zbawienia.

Tymczasem człowiek posiada wolną wolę. Tę wolność szanuje nawet Wszechmogący Bóg. Z miłości do człowieka sam naznaczył granicę swej wszechmocy. Jest nią właśnie wolność ludzi. Bóg nie chce nikogo zmuszać nawet do zbawienia. Jest jednak gotów uczynić wszystko, aby człowiek sam wybrał zbawienie i sam ofiarował siebie Bogu..

W liście św. Pawła do Koryntian czytamy: „A zatem proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej. Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe” (Rz 12,1-2).

W tych słowach zwraca uwagę forma prośby. Jej siła podkreślona jest zwrotem „…przez miłosierdzie Boże…”. Apostoł prosi z całą mocą, używa wręcz formy błagalnej w stosunku do swoich uczniów, ale nie zmienia charakteru wypowiedzi. Nie nakazuje, nie poleca, lecz prosi. To jeszcze bardziej podkreśla znaczenie wolności człowieka w akcie składania ofiary. Bóg pragnie, aby człowiek był zupełnie wolny w momencie składania ofiary. Tylko wtedy ofiara jest wyrazem miłości. Tylko wtedy jest godna Boga.

Możliwość indywidualnego ofiarowania siebie jest nam udostępniona poprzez udział w kapłaństwie Chrystusa. Po to zostaliśmy namaszczeni. W Chrystusie możemy siebie składać Bogu w ofierze.

Namaszczenie na Chrzcie świętym ma jeszcze jedno znaczenie. Włącza nas w misję królewską Chrystusa. Dzięki temu mamy udział w budowaniu Królestwa życia wiecznego. Królestwo Jezusa Chrystusa to wspólnota świętych w niebie. W pełni objawi się ona dopiero po powtórnym przyjściu Chrystusa na świat. Wtedy objawi się nowy Lud Boży całkowicie uświęcony i doskonale zjednoczony wzajemną miłością na wzór Trójcy Świętej.

To królestwo ma swoje początki już tu na ziemi. Zalążkiem Królestwa Bożego jest Kościół święty, a każdy ochrzczony został już wpisany do księgi Nowego Ludu Bożego. Od nas jednak zależy na ile przyjmiemy dar uświęcenia i na ile rozwiniemy w sobie zdolność miłowania bliźnich. To są dwa wymiary pracy nad budowaniem, nad rozwojem Królestwa Bożego w nas.

Osobiste uświęcenie to owoc współpracy człowieka z łaską uświęcającą. Będąc w stanie tej łaski, żyjemy w jedności z Bogiem i mamy w sobie Jego życie, mamy w sobie dar świętości. Odwołajmy się znowu do świadomości wspólnoty pierwotnego Kościoła. Tam wiernych nazywano świętymi. Być chrześcijaninem oznaczało być w Komunii z Chrystusem. Kiedy sprawowano Eucharystię, po wyznaniu wiary i modlitwie wiernych zamykano świątynię. Wewnątrz mogli pozostać tylko ci, którzy byli w tanie łaski i mogli uczestniczyć w Komunii świętej. To było rzeczywiste głoszenie śmierci Chrystusa, wyznanie Jego zmartwychwstania i oczekiwanie w stanie łaski na Jego powtórne przyjście. Obecni na Eucharystii mieli świadomość swego udziału w Królestwie Nowego Życia – w zmartwychwstaniu. Nie należeli już do tego świata lecz do duchowej świątyni w niebie. Znakiem tego było właśnie zamknięcie drzwi.

Drugi wymiar budowania królestwa to posługa miłości wobec bliźnich. Eucharystia jest wezwaniem do czynów miłosierdzia. Do udzielania sobie wzajemnie daru miłości. W tej posłudze wierni mają wzrastać we wzajemnej więzi na wzór wspólnoty jaką tworzy Trójca Święta. Eucharystia bez dzieł miłosierdzia jest aktem niedokończonym i w gruncie rzeczy chybionym. Jest zmarnowaniem owoców Ofiary miłości Jezusa Chrystusa. Jest wyrazem duchowego egoizmu, a zatem zaprzeczeniem królewskiej misji Jezusa na ziemi.

Podsumujmy zatem nasze rozważania. Nasze życie od momentu Chrztu świętego jest wędrówką do Wieczernika. W ciągu kolejnych lat wzrastania i dojrzewania mamy także dojrzewać duchowo do przejścia z tego świata do Królestwa Życia Wiecznego w niebie. To dojrzewania dokonuje się poprzez wypełnianie potrójnej misji, jaką otrzymaliśmy w znaku namaszczenia – misji prorockiej, kapłańskiej i królewskiej. To jest nasze powołanie. Najważniejszym środkiem i jednocześnie źródłem łaski koniecznej do realizacji powołania jest Eucharystia. Bez pełnego udziału w niej nie możliwe jest osiągnięcie stanu gotowości do oddania siebie Bogu w ofierze. Każda Msza święta jest kolejnym stopniem przygotowania do ostatecznej ofiary jaka powinna dokonać się w naszym życiu. Zaniedbując uczestnictwo w Eucharystii lub będąc tylko obserwatorami obrzędów utrudniamy sobie to dorastanie do zjednoczenia z Bogiem. Czy warto tak marnować szansę jaką wysłużył nam Jezus Chrystus?

Nasze życiowe pielgrzymowanie będzie szkołą pełnego udziału w Eucharystii. Będziemy przyglądali się kolejnym etapom przygotowania i uczestniczenia we Mszy świętej. Niech nie będzie to jednak tylko nauka teorii. Skoro zdecydowaliśmy się na pielgrzymowanie, na udział w trudach fizycznych i duchowych drogi do sanktuarium na Jasnej Górze przyjmijmy poważnie także zadanie pracy nad swoim zaangażowaniem w Ofiarę Jezusa Chrystusa.