Ks. Robert Kwatek – PIĘKNO BYCIA CZŁOWIEKIEM

Koleżanki i koledzy – Twoja „druga rodzina”

1. Jak lustro i puzzle z autoportretem.

Codziennie rano patrzymy w lustro i rozpoznajemy w nim siebie. Każdy dzień rozpoczynamy od obudzenia naszej świadomości i pamięci. Żyjąc poznajemy samych siebie, swoją rodzinę, środowisko, a także zbieramy doświadczenia i zapamiętujemy kolejne wydarzenia. Wszystkie te informacje stanowią podstawę do określenia tego, kim jesteśmy i jak mamy żyć. Można by powiedzieć, że świadomość jest jak takie lustro, w którym się przeglądamy i rozpoznajemy siebie.

Lustro jednak jest narzędziem biernym. Beznamiętnie prezentuje odbicie oryginału. Gdyby rzeczywiście nasza świadomość działała tylko jak lustro, oznaczałoby to, że zupełnie nie mamy wpływu na nasze życie. Wykluczałoby to działanie naszej wolnej woli. Bylibyśmy podobni do manekinu, który ktoś ubiera i ustawia w wybranej przez siebie scenerii, pozostawiając nam ewentualnie ocenę samych siebie, ale bez możliwości jakiejkolwiek samodzielnej zmiany. Tak właśnie funkcjonują małe dzieci. Nie zdają sobie sprawy ze znaczenia wszystkich wydarzeń, w których uczestniczą. Jednak wraz z dorastaniem ta sytuacja się zmienia.

Od momentu dorastania nasze życie podobne jest raczej do układanki składającej się z tysięcy fragmentów, na których zapisujemy obraz poszczególnych chwil życia, poszczególnych spotkań, sytuacji, przeżyć i wydarzeń. Bezładnie rozrzucone nic nam nie mówią, niczego sobą nie przedstawiają. W tym nieuporządkowaniu mogą wydawać się więc bezsensowne i bezwartościowe. Dopiero poukładane w spójną całość ukazują swoje znaczenie. To właśnie jest zadanie naszej świadomości – poukładać w jedną całość wszystkie chwile naszego życia.

Ta wiedza jest nam potrzebna, ponieważ nasz umysł domaga się logiki, czyli pewnego uporządkowania i uzasadnienia wszystkiego, co robimy i w czym bierzemy udział. Patrząc na siebie nie tylko chcemy wiedzieć, jacy jesteśmy, ale także dlaczego właśnie tacy jesteśmy. Dopiero w ten sposób odnajdujemy sens i możemy następnie określić cel, dla którego żyjemy.

Przykład układanki pomoże nam też zrozumieć znaczenie związków jakie zachodzą pomiędzy różnego rodzaju sytuacjami. Kiedy układamy puzzle, nie mało trudu musimy poświęcić na właściwe umiejscowienie każdego elementu. Każdy bowiem, oprócz fragmentu obrazka, ma także swój kształt. Te dwie zależności powodują, że element ma tylko jedno właściwe miejsce w całości i niczym nie można go zastąpić. To także powoduje, że wszystkie sąsiednie kawałeczki układanki również mają swoje miejsce.

Tak samo jest w naszym życiu. Wzajemne powiązanie poszczególnych wydarzeń i wpływ różnych osób na nas powoduje, że nie można niczego zlekceważyć. Nie można uważać, że jakieś zdarzenie czy spotkanie nie ma znaczenia. Każda sytuacja, w której bierzemy udział, jest ważna dla całego naszego życia. Każda sytuacja ma także znaczenie dla wszystkich, z którymi już jesteśmy związani.

Chwila po chwili, dzień po dniu, z maleńkich skrawków naszej świadomości układamy nasz autoportret. Na tym obrazie nie jesteśmy sami, bo tak naprawdę nasze życie tworzą także wszyscy, których spotykamy. Jako pierwsi są tam nasi rodzice i rodzeństwo – nasza rodzina. Ich obecność jest od nas niezależna. Zależy jednak od nas, kto jeszcze do nich dołączy. O tym decydują tak zwane „narodziny społeczne”.

2. Kolega i koleżanka – oto nowi członkowie rodziny.

Czy pamiętamy jeszcze, jak to było? Chłodny wrześniowy poranek. Początek roku w przedszkolu, a może pierwszy dzień w szkole. Po raz pierwszy mama pozostawiła nas wśród obcych ludzi. Wielka tęsknota, a może i płacz. Jeden dzień, drugi, trzeci… Płaczu coraz mniej, aż wreszcie przychodzi taka chwila, w której nie płacze się już za rodzicami. Raczej wręcz odwrotnie. Trudno oderwać się od zabawy z kolegami i koleżankami i iść do domu. Tak oto dziecko wychodzi z rodzinnego domu i staje się obywatelem świata.

Narodziny społeczne to samodzielne wejście w grupę rówieśników, nawiązanie z nimi więzi znajomości i przyjaźni, to poczucie znaczenia przynależności do grona kolegów i odkrycie, że ta obecność jest dla nas i dla nich ważna. Ważne jest także to, że nowi znajomi tak naprawdę dobierają się sami. Jedni są przez nas akceptowani, inni nie. Jednych lubimy i chcemy z nimi przebywać, innych unikamy. Powstaje „nowa rodzina”, ta z wyboru. Czy pamiętacie jeszcze swoich najbliższych kolegów ze szkoły podstawowej? Czy pamiętacie ulubione zabawy i wspólnie przeżywane przygody w szkole i na podwórku? Rozgrywane wtedy mecze, zawody i inne rywalizacje nigdy nie były „na niby”. W każdym przypadku była to „gra o wszystko”, niemal „gra o życie”. Były radosne chwile triumfu i gorzkie doświadczenia porażki – tak rodzą się prawdziwe więzi z grupą. Więzi tak silne jak w rodzinie.

Z czasem okazuje się, że koledzy żyć bez siebie nie mogą. Koleżanki także trzymają się razem, „jak papużki nierozłączki”. Jeszcze w pierwszych latach szkoły podstawowej jedynym i zarazem najwyższym autorytetem mogli być rodzice i może jeszcze starsze rodzeństwo. Ale w starszych klasach jest już inaczej. Zdarza się, że zdanie kolegów jest ważniejsze niż opinia rodziców. Pojawia się pewien konflikt – kogo słuchać, i komu przyznać rację ?

Nadchodzi nieuchronnie moment, kiedy to – nie wiadomo dlaczego – rodzice zostają strąceni z piedestału nieomylnych autorytetów. Ich miejsce zajmują rówieśnicy. Chyba każdy spotkał się w swoim życiu z wyrzutem, że bardziej słucha kolegów niż rodzonej matki. No cóż! Mama nie jest kapitanem podwórkowej drużyny i nie od niej zależy, czy chłopak liczy się w takiej grupie, czy nie. A na pewno chce być zauważony i chce, by traktowano go poważnie. Gdy zostaje przez grupę uznany za „swojego”, jest to jakby jego pierwsze samodzielne zwycięstwo. Pierwszy znak powodzenia w niezależnym od rodziców świecie.

Od tego momentu na naszą świadomość, na to kim jesteśmy, ma wpływ nie tylko rodzina, w której urodziliśmy się i przeżyliśmy pierwsze lata. Od tego momentu także koledzy i koleżanki w bardzo istotny sposób uczestniczą w naszym życiu i mają na nie coraz większy wpływ. Co prawda w dalszym ciągu korzystamy z dziedzictwa, które wynieśliśmy z domu, ale o sposobie jego wykorzystania decydują już coraz mocniej nasze kontakty z grupą rówieśników. Zaczynamy samodzielnie kształtować nasze życie. Rodzice mają coraz mniejszy wpływ na to, kim jesteśmy i jak zachowujemy się poza domem. Czy jednak oznacza to zupełne zerwanie więzi z rodziną i domem?

Warto tu przypomnieć jedną scenę z Ewangelii. Oto dwunastoletni Pan Jezus bez porozumienia z Maryją i Józefem pozostaje w świątyni. Chociaż rodzice z bólem serca szukają Go przez trzy dni, On samodzielnie odkrywa nowe środowisko – rozmawia z uczonymi w Piśmie, zadaje im pytania i dyskutuje na temat Słowa Bożego. Co prawda nie jest to spotkanie z grupą rówieśników, ale w tym wydarzeniu Pan Jezus daje swoim opiekunom znak, że Jego życie nie może ograniczać się do spraw rodzinnych i domowych. W tym wypadku autorytet rodziców ustępuje nie tyle autorytetom rówieśników, co o wiele ważniejszemu autorytetowi samego Boga, jednak to pierwsze samodzielne odejście od rodziny jest bardzo wymowne. Jezus, jak każdy młody człowiek swoim sercem i umysłem rozpoczyna wędrówkę do świata, który istnieje poza rodziną. Zaczyna samodzielnie określać kierunek swojego dalszego życia. Kształtuje swoją dojrzałą tożsamość.

W kontekście tego fragmentu Ewangelii według Św. Łukasza warto jednak zwrócić uwagę na dwie bardzo ważne sprawy. Ewangelia mówi, że po tym wydarzeniu Jezus wrócił z rodzicami do Nazaretu i był im poddany.

Po pierwsze zatem, nowo odkryte środowisko nie usuwa z serca młodego Jezusa wcześniejszych więzi z rodziną. Nie następuje jakaś zupełna zamiana jednego autorytetu na drugi, chociaż tym nowym autorytetem jest przecież sam Bóg. Jezus nie odrzuca w żaden sposób swojej ziemskiej rodziny. W dalszym ciągu do niej należy, jest z nią związany i nie odrzuca zobowiązań wynikających z tych więzi, co okazuje swoim posłuszeństwem.

Po drugie, to nowe doświadczenie Jezus zabiera w swoim sercu do domu, a rodzice uczestniczą w Jego odkryciu, bo, jak mówi Ewangelia: „…Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu” (Łk 2,51). Te słowa są świadectwem, że nowe środowisko, nowe relacje, nowe osoby poznane przez młodych ludzi w ich wyjściu do świata zaczynają uczestniczyć także w życiu całej rodziny. To nie są tylko prywatne, osobiste sprawy dziecka, które wyruszyło w świat. O jego przeżyciach myśli także matka i pamięta zapewne ojciec. Nowe doświadczenia z życia dziecka zmieniają życie wszystkich w rodzinie.

Wyruszając w świat młody człowiek niejako rodzi się na nowo, staje się nowym człowiekiem. Nie oznacza to jednak, że traci dziedzictwo swego domu i swojej rodziny. Wręcz przeciwnie! Ubogaca świat bogactwem doświadczeń swojego domu i jednocześnie wprowadza w życie swoich najbliższych to, co otrzymuje od świata. Czy warto więc wydarzenie, które ma tak doniosłe znaczenie, pozostawić przypadkowi? Czy to wszystko jedno w jakim środowisku potoczy się dalsze życie młodego człowieka ku dojrzałości? Czy to obojętne jakie doświadczenia i wartości zostaną przez niego wniesione ze świata w życie rodziny?

3. Początek kariery i …

Dlatego czas wyjścia do świata jest tak ważny i trudny zarazem. W młodości nieświadomie związujemy się emocjonalnie z nowym środowiskiem jak z rodziną. Przez swój autorytet otoczenie wielki pływ na nasz rozeznanie dobra i zła. Jeden z psychologów zwykł mawiać: „Dajcie mi dziecko, a ja uczynię z niego świętego, albo zbrodniarza”. Doskonale wiedzą o tym wychowawcy, ale także zdają sobie z tego sprawę ci, którzy chcą podstępnie wykorzystać dzieci i młodzież, ich ufność i prostotę serca. W młodości z równym oddaniem można uczyć się udzielania pomocy staruszkom, jak też ich okradania. Można z zapałem naśladować czyny szlachetne, jak i te budzące odrazę i powodujące krzywdę. Ważne jest więc, jakie środowisko pozna człowiek wychodząc w świat z rodzinnego domu. Pierwsze przeżycia w tym względzie mogą pozostawić trwały ślad w sercu na resztę życia.

Stąd troska rodziców o odpowiednie przedszkole, o dobrą szkołę, być może jeszcze o zajęcia dodatkowe w klubie sportowym, lub innych kółkach zainteresowań. Stąd też tak nielubiana przez młodzież ingerencja rodziców w inne kontakty dzieci i młodzieży z rówieśnikami. Toczy się walka o kształt dorosłego życia. Dobre otoczenie może dać natchnienie i zapał do wartościowego spędzania czasu, do wartościowego życia. W młodości intuicyjnie szuka się wzorców do naśladowania, bohaterów, którzy wzbudzają podziw, zwycięzców i odkrywców dających natchnienie do zmagania się z przeciwnościami i do własnych poszukiwań. Nie zostaje się wyjątkowym, wybitnym człowiekiem przez przypadek. Zawsze jest ten impuls dobrego przykładu, który pragnie się naśladować i mu dorównać. Ważne jest więc środowisko, które wprowadzi nas w świat dojrzałości. Czy umiemy wskazać, kto był, kto jest naszym pozytywnym przewodnikiem w dorosłe życie?

Niestety zło także pragnie zawładnąć młodym sercem. Co więcej, czyni to z nieporównywalnie większą presją niż dobro. Dobro jest trudniejsze, bardziej wymagające. Zło tymczasem jest łatwiejsze i narzuca się jakby samo wykorzystując ludzkie słabości i niedomagania pozostające w sercu po grzechu pierworodnym.

Samodzielność i niezależność, których tak pragną młodzi i których tak bardzo zazdrośnie strzegą przed rodzicami, są bardzo potrzebne, ale niosą też ze sobą pewne niebezpieczeństwo. Nie wszyscy przecież swoje pierwsze samodzielne kroki kierują tak jak Jezus do świątyni i do grona pobożnych mędrców. Wielu – wręcz odwrotnie – odnajduje, bądź też zostaje wprowadzonych do świata zła. Brak doświadczenia i przewidywania konsekwencji swoich czynów, tak bardzo typowy dla wieku młodzieńczego, może zaowocować dotkliwą krzywdą i nieodwracalnymi konsekwencjami w całym późniejszym życiu nie tylko młodych, ale także ich rodzin.

Pan Jezus rzadko mówił o surowych karach za grzechy. Jak wiemy okazywał miłosierdzie wobec grzeszników. Jednak w przypadku zgorszenia „maluczkich” okazał się bezwzględny: „Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza. Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie” (Mt 18,6-7).Taka surowość kary jest uzasadniona znajomością konsekwencji zgorszenia, czyli wprowadzenia w grzech od młodości. Całe życie młodego człowieka, a także jego najbliższych jest potem ułomne z powodu zła. Wiele instytucji i wielu ludzi – z kapłanami włącznie – zdaje sobie sprawę z tego, jak trudno jest wydobyć człowieka z nabytego w dzieciństwie lub młodości złego sposobu życia. Bezradność jest najtrudniejszym rodzajem porażki. Czy trzeba tu wymieniać cały katalog grzechów, nałogów, uzależnień i spowodowanych przez nie nieszczęść, chorób, dramatów życiowych, z których wcale nie rzadkim zakończeniem jest samobójstwo? Może wystarczy powiedzieć, że według oficjalnych statystyk każdego roku w Polsce odbiera sobie życie ponad 300 młodych ludzi w wieku szkolnym. Tak dla wyobraźni – to jakby cała dość duża szkoła! A wszystko to w dużej mierze w wyniku złych kontaktów poza rodziną. Jak zatem ustrzec się przed takim niebezpieczeństwem?

Najpewniejszym środkiem jest możliwość szczerej rozmowy z rodzicami i rodzeństwem. Wydaje się to takie oczywiste i naturalne, jednak w praktyce okazuje się, że taki dialog miedzy rodzicami a dziećmi jest jakby wyjątkowym luksusem, na który stać niewiele rodzin. Rodzicom trudno pogodzić się z samodzielnością dzieci. Młodzi zaś nie zawsze zgadzają się na ograniczenia tej samodzielności i denerwują się, gdy rodzice pytają o kolegów czy koleżanki. Jeszcze gorzej jest, gdy rodzice wręcz zakazują niektórych kontaktów. Można by powiedzieć, że to nie ich sprawa, że to nie ich koledzy. W pewien sposób jest w takiej reakcji słuszność. Jednak troska o przyszłość dzieci usprawiedliwia takie zainteresowanie ich kontaktami ze środowiskiem rówieśników. To, czy takie zainteresowanie będzie przyjęte pozytywnie, czy też wywoła bunt, zależy w dużej mierze od formy, w jakiej rodzice okazują swa troskę.

Wszystko jest dobrze, jeśli rodzice są przyjaciółmi swoich dzieci. To ciekawe, ale relacja przyjaźni wcale nie jest częstą zasadą życia w rodzinach. Prędzej jest to relacja poczucia przymusowej zależności ze strony dzieci i wychowawczej kontroli ze strony dorosłych. Tymczasem tylko przyjaźń, w której szanuje się indywidualność osób, a jednocześnie otacza się je troskliwa miłością otwiera możliwość szczerego dialogu.

Porozumienie ułatwi sytuacja, gdy rodzice akceptują grupę kolegów czy koleżanek swojego dziecka. Jeszcze lepiej, gdy koledzy również szanują rodziców. Wtedy wobec rodziców możliwe jest otwarte dzielenie się przeżyciami z podwórka. Wtedy także koledzy rozumieją wymagania jakie trzeba spełnić ze względu na rodziców. To bardzo dobra i bezpieczna sytuacja. Nie powoduje rozdarcia serca i nie zmusza do udawania, czy ukrywania swoich przeżyć. Nie uczy obłudy i zakłamania.

Jeśli natomiast sposób zachowania w grupie rówieśników odbiega od tego, czego uczyli i wymagali rodzice w domu, w sercu dziecka, czy też młodego człowieka, powstaje rozdwojenie. Oto, chcąc nie chcąc, żyje jakby w dwóch światach, które się nie tolerują. Nie da się ich pogodzić. Młode serce nie umie i nie potrafi wyrzec się żadnego z tych światów, bo pierwszy – to przecież dom rodzinny, a drugi – to równie ważny świat pierwszych znajomości i przyjaźni. Ten konflikt zmusza do udawania i ukrywania. W efekcie powstaje zakłamana sytuacja, w której najbardziej cierpi młody człowiek. Ostatecznie bowiem w trudnej sytuacji doświadcza samotności. Jak zatem wygląda relacja w naszych domach? Czy pomiędzy młodym i starszym pokoleniem istnieje więź przyjaźni? Czy możliwa jest szczera rozmowa?

Możliwość komentowania jest wyłączona.