Ks. Robert Kwatek – PIĘKNO BYCIA CZŁOWIEKIEM

Jesteś człowiekiem? Żyj jak człowiek!

1. Demokracja i moda, a głos sumienia.

Według encyklopedii demokracja to sposób sprawowania władzy poprzez decyzje uzasadnione głosami większości obywateli. Mówiąc krótko, w demokracji przyjmuje się, że większość ma rację.

Już pobieżne rozważenie tej zasady pokazuje, że z takim sposobem decydowania o życiu wiąże się pewne niebezpieczeństwo. Historia notuje wiele przypadków, w których decyzja podjęta przez większość, wcale nie była dobra. Dla nas najbardziej wymownym przykładem takiej decyzji jest wyrok skazujący Jezusa na śmierć. Piłat poddał się wobec narastających okrzyków tłumu: „Ukrzyżuj, ukrzyżuj Go!”(Łk 23, 21) i w ten niechlubny sposób został zapamiętany w historii jako człowiek słaby. A przecież postąpił zgodnie z zasadami, które teraz uważa się za najwyższe osiągnięcie cywilizacji w dziedzinie życia społecznego – spełnił wolę ludu.

Na co dzień, w zwykłych sprawach, rządy demokracji znamy pod trudnym do zdefiniowania pojęciem mody. W modzie najbardziej zagadkowe, śmieszne i zarazem denerwujące jest to, że nigdy do końca nie wiadomo, czy coś jest modne, bo większości się to podoba, czy też większości coś się podoba, bo jest modne. To stwarza bardzo dogodną sytuację dla wszelkiego rodzaju manipulacji. Wystarczy wylansować modę na cokolwiek i zyskuje się ogromną władzę nad ludźmi. W ten sposób można oddziaływać na ludzkie upodobania i poglądy. Można wpływać na sposób życia całych pokoleń.

Ostatnio zawrotną karierę zrobiło słowo „tolerancja”. Jest rzeczywiście modne. Chyba nikt nie wie dokładnie, co ono oznacza, ale być posądzonym o brak tolerancji to znaczy być wykreślonym ze współczesnego społeczeństwa. (Tak na marginesie, to właśnie jest najlepszy dowód absurdu tolerancji, gdy ci, co ją głoszą, jednocześnie nie są tolerancyjni wobec tych, którzy w imię tejże tolerancji nie muszą się przecież jej podporządkowywać.) Wystarczy zatem do pojęcia tolerancji dołączyć jakąkolwiek zasadę lub propozycję zachowania, aby wylansować ogólne poparcie nawet dla tego, co jest moralnie złe.

Dla przykładu, w ten właśnie sposób w latach sześćdziesiątych XX wieku wylansowano modę na swobodne uprawianie seksu. Zjawisko znane pod nazwą „rewolucji seksualnej” doprowadziło do oddzielenia pożycia seksualnego od małżeństwa i chęci poczęcia nowego życia. W konsekwencji musiało to doprowadzić do potrzeby tolerancji wobec rozwodów, wolnych związków, aborcji i antykoncepcji. A skoro już pozwolono potrzebom seksualnym panować nad sposobem życia człowieka w społeczeństwie, to dziś wymaga się od społeczeństwa, aby było tolerancyjne także wobec homoseksualizmu. Następnym krokiem na tej drodze jest aktualne dążenie do równouprawnienia par hetero i homoseksualnych pod względem możliwości zawierania związków małżeńskich i zakładania rodzin.

Okazuje się, że demokracja nie jest odpowiednim sposobem podejmowania decyzji w dziedzinie moralności. Każdy, kto chciałby uzasadnić dobro lub usprawiedliwić zło jakiegoś czynu decyzją większości, musi ponieść klęskę. W bolesny sposób przekonują się o tej zasadzie ci, którzy popełnili zło pod wpływem ogółu, a potem musieli indywidualnie ponieść karę. Nie ma odpowiedzialności zbiorowej. Nie można bowiem winą za dokonane zło obciążyć jakiegoś ogółu, bez wymierzenia kary poszczególnym osobom. Nie można usprawiedliwiać swojego postępowania modą i ogólną atmosferą środowiska, bo i tak konsekwencje ponosi się osobiście.

Jeśli w jakiejś grupie panuje moda na picie alkoholu, czy tez branie narkotyków, to i tak konsekwencje w postaci zniszczonego zdrowia i zwichrowanego życia ponoszą poszczególne osoby. Owszem „ogół pił” i „wszyscy brali”, ale „kaca” i zniszczone od narkotyków zdrowie miał każdy wedle własnej miary. I nie ma tu nikogo, kto by nie ponosił odpowiedzialności. A oto inny przykład: po zabawie kilka osób wsiada do samochodu. Kierowca jest pijany i powoduje wypadek. Poszkodowani są wszyscy. Czy winę ponosi tylko kierowca? Nie! Także ci, którzy wsiedli do samochodu i pozwolili mu prowadzić. Ich zgoda na zło ma swoje konsekwencje. Warto o tym pamiętać!

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Każdy odpowiada indywidualnie za swoje decyzje. Każdy płaci swoim życiem za dokonywane wybory. Dlatego podstawą decyzji o życiu nie może być głos większości czy też moda. W tych sprawach trzeba się kierować własnym sumieniem. Trzeba się nauczyć rozpoznawać jego głos i słuchać tego, co nam mówi.

Sumienie można porównać do komputera, który zaprogramowano na przykład do sprawdzania gramatyki i ortografii. Jeśli podano mu właściwe zasady, zareaguje na każdy błąd i bez pardonu wytknie go właścicielowi. Mądry właściciel nie będzie się zżymał na komputer za to, że wyrzuca mu błędy. Pomimo tego, że może zrobi mu się głupio z powodu pomyłek, będzie wdzięczny i posłusznie poprawi tekst.

Każdy człowiek ma zdolność i możliwość wprowadzenia do swego serca zestawu zasad, dzięki którym sumienie będzie mogło ostrzec nas przed każdą błędną decyzją. Dobrze zaprogramowane sumienie nazywa się sumieniem prawym. Ono sprawdza czy żyjemy i postępujemy zgodnie z normą przewidzianą dla człowieka. Mówiąc krótko, po ludzku żyje ten, kto ma prawe sumienie i słucha jego osądu.

2. Być człowiekiem prawego sumienia.

Pozostańmy jeszcze, mówiąc o sumieniu, przy przykładzie komputera. Jak wszystkim wiadomo komputery też mają swoje słabości. Pierwszą z nich jest zależność od właściciela. To właściciel decyduje jaki program zostaje wgrany do komputera – oryginalny czy piracki. To właściciel decyduje też, czy chce chronić swój komputer przed wirusami. To właściciel ma możliwość i obowiązek reagowania, gdy program działa wadliwie.

Podobnie jest z naszym sumieniem. Ono też w jakiś sposób zależy od nas. Będzie działało poprawnie, jeśli pozwolimy mu pracować na „oryginalnym oprogramowaniu”, czyli na zasadach, które odnośnie dobra i zła określił sam Bóg jako nasz Stwórca. Każda „wtórna wersja”, czyli prawo dostosowane do ludzkiej wygody lub aktualizowane pod względem mody, zawsze będzie narażało sumienie na porażkę. Nie wychwyci błędu, nie ostrzeże przed złą decyzją, a to może doprowadzić do klęski. To nie koledzy z podwórka mają określać, co jest dobre, a co złe. Nie programy telewizyjne i kolorowe czasopisma. Nie moda na wróżby i Internet. Żadne z tych źródeł nie jest w stanie wziąć odpowiedzialności za życie człowieka. W tej sprawie trzeba słuchać Jezusa Chrystusa, który śmiercią i zmartwychwstaniem potwierdził swoją odpowiedzialność za ludzkie życie aż do końca. Jego naukę, zapisaną w Biblii, nieomylnie podaje nam Kościół.

Nasze sumienie zależy także od nas w sprawie wrażliwości na zło. Człowiek potrafi niebezpiecznie się przyzwyczaić najpierw do małych słabości, potem do coraz większych, aż wreszcie zgadza się na całkiem ciężkie wykroczenia. Nie wystarczy raz nauczyć się Dziesięciu Przykazań. Nie wystarczy raz przeczytać Ewangelię. Nie wystarczy zakończyć naukę religii w klasie maturalnej nawet z wynikiem bardzo dobrym, albo celującym. Trzeba nieustannie sprawdzać czy wciąż rozumiemy dobro i zło tak, jak wymaga tego Pan Bóg. Robiąc rachunek sumienia warto nie poprzestawać na tym, co pamiętamy i co się nam wydaje. Trzeba wciąż sięgać do Pisma Świętego, do katechizmu i książeczki do nabożeństwa.

I wreszcie ostatnia zasada. Jest nią sakrament pokuty. To tak jakby sprawdzian sposobu działania naszego sumienia wobec najwyższego autorytetu Pana Boga. W tym spotkaniu stajemy sami, sam na sam wobec Pana Boga i wobec kapłana. To czy sumienie działa prawidłowo, czy też nie, można poznać po dość wyraźnych symptomach. Przejawem wadliwego sumienia jest już samo unikanie spowiedzi, odkładanie jej i traktowanie tylko jako zewnętrznego okolicznościowego obowiązku (np. tzw. spowiedź na kartkę). Inny objaw wadliwego sumienia to przede wszystkim nie dostrzeganie grzechów. To problem wielu ludzi, którzy „nie mają się z czego spowiadać”. Wreszcie nieszczere bądź ogólnikowe wyznanie grzechów, zagubienie właściwej hierarchii problemów, czy też samousprawiedliwienie się w trakcie wyznania, a także próba dyskutowania i przekonywania spowiednika do własnych racji – wszystkie te przejawy mówią o potrzebie pracy nad prawością własnego sumienia. Taki stan sumienia wymaga natychmiastowej i systematycznej kuracji. Tylko prawe sumienie nieomylnie jak kompas pokaże nam właściwą drogę do celu.

3. Zachować się „jak człowiek”…

Spośród wszystkich stworzeń na ziemi tylko człowiek ma możliwość świadomego życia w trzech różnych relacjach: wobec Pana Boga, wobec człowieka i wobec rzeczy materialnych. Być człowiekiem prawego sumienia to znaczy zachować właściwy charakter tych relacji, czyli inaczej mówiąc znać swoje właściwe miejsce na świecie. Nie wynosić się pychą ponad swój stan, ani też nie dać się poniżać przez różne zniewolenia.

Te trzy charakterystyczne i właściwe dla człowieka relacje to: postawa ofiary wobec Pana Boga, miłość wobec człowieka oraz panowanie nad światem materialnym.

Najczęstszym błędem człowieka jest zamiana tych relacji, czyli na przykład próba zapanowania nad ludźmi, a nawet nad Panem Bogiem i jednocześnie miłość wobec rzeczy materialnych posunięta aż do ofiary, czyli posiadanie czegoś „za wszelką cenę”. To kompletny chaos. W takich relacjach człowiek ani nie może poznać samego siebie, ani też właściwie wykorzystać rzeczy, którymi się otacza, nie mówiąc już o odnalezieniu właściwej drogi do Pana Boga i do serca bliźnich.

…wobec Pana Boga, to znaczy złożyć ofiarę;

Więź człowieka z Panem Bogiem jest – delikatnie mówiąc – nieco utrudniona z tego powodu, że Pan Bóg skrzętnie ukrywa przed człowiekiem swój Majestat. Niektórzy, a może nawet bardzo liczni (w każdym bądź razie na pewno ci, którzy szczerze Go poszukiwali), mają o to do Niego pretensję. Czy nie łatwiej i korzystniej byłoby dla obu stron otwarcie pokazać, kto jest kim? Czy Pan Bóg nie powinien odsłonić przed człowiekiem swego Majestatu, a wtedy nie byłoby już problemu niewiary i niewłaściwego odniesienia do Niego?

Na pewno wtedy sytuacja człowieka byłaby bardziej wyrazista, ale jednocześnie chyba mniej korzystna i o wiele bardziej niebezpieczna. Stojąc przed Bogiem twarzą twarz człowiek, zachowując wolną wolę, miałby do wyboru: albo ostatecznie uznać Pana Boga i nigdy już w Niego nie zwątpić, albo również ostatecznie Go odrzucić i nigdy już nie mieć szansy poprawy. Nawet aniołom nie udało się całkowicie korzystnie rozstrzygnąć takiej sytuacji. Niektórzy z nich chociaż oglądali Chwałę Boga jednak wypowiedzieli Mu posłuszeństwo i tym samym zostali ostatecznie potępieni. W ten właśnie sposób anioł stał się szatanem.

Lepiej jest więc dla człowieka, gdy może tylko wierzyć, a popełniając błędy w swej wierze nawracać się i na nowo podejmować próbę zjednoczenia z Bogiem. Przez wiarę także można poznać Majestat Boga, ale niejako stopniowo, wprost proporcjonalnie do swoich możliwości na aktualnym etapie życia. Pan Bóg szanuje wolność człowieka i nikogo nie chce przymuszać ani do wiary, ani tym bardziej do miłości względem siebie. Tym jednak, którzy choć trochę otwierają przed Nim swoje serce objawia swoją miłość. Wobec tego objawienia reakcja człowieka jest właściwie jedna – gotowość złożenia ofiary.

Ofiara kojarzy się nam ze stratą. I słusznie. W pewnym sensie jest to strata wynikająca z dokonanego wyboru. Czas poświęcony na modlitwę jest czasem straconym dla innych korzyści lub przyjemności. Posłuszeństwo wobec Pana Boga jest często stratą ze względu na wyrzeczenie się różnych przyjemności lub doraźnych korzyści. Ofiara rzeczywiście kosztuje i dlatego tylko ci, którzy naprawdę kochają Boga są zdolni ją składać.

Stąd autentyczność wiary poznaje się po gotowości do poświęcenia siebie ze względu na Boga. Temu, kto naprawdę zna Pana Boga każda inna relacja wydaje się niestosowna, albo wręcz niemożliwa wobec Jego Majestatu. Dobrowolna ofiara to jedyna w pełni właściwa postawa człowieka wobec Boga.

Praktycznym wymiarem tego nieustannego ofiarowania w naszym życiu jest postawa posłuszeństwa, ubóstwa i czystości moralnej. Myliłby się ten, kto by uważał, że takie zachowania są zastrzeżone tylko dla zakonników lub księży. Pomyślmy o posłuszeństwie. Czy żyjącemu w świecie człowiekowi nie jest potrzebne posłuszeństwo wobec Dziesięciu Przykazań? Czy wolno mu być wobec nich nieposłusznym? Pomyślmy o ubóstwie. Czy katolik ma prawo zaniedbać niedzielną Mszę świętą i w tym czasie odwiedzać supermarkety? Chodzi o hierarchię wartości: Pan Bóg czy potrzeba posiadania. Co jest ważniejsze? Pomyślmy także o czystości moralnej, rozumianej szczególnie jako asceza w dziedzinie życia seksualnego. Czy żyjący w świecie człowiek naprawdę nie powinien opanowywać swojej pożądliwości?

Być człowiekiem, to znaczy uwielbić Boga darem swojego życia. Wzorem jest tutaj sam Jezus Chrystus, który jako Człowiek złożył swemu Ojcu Ofiarę Uwielbienia przez śmierć na Krzyżu. Warto się nad tym zastanowić choćby w kontekście naszego udziału we Mszy św., czyli Ofierze Eucharystycznej. Być człowiekiem wobec Pana Boga to znaczy trwać w ofiarowaniu.

wobec człowieka, to znaczy być przyjacielem i kochać;

Okazuje się, że nawiązanie ludzkich relacji z drugim człowiekiem wcale nie jest sprawa łatwą. Najczęstszym błędem wobec bliźnich jest podejście przedmiotowe, które sprowadza się do manipulacji, wykorzystania i ostatecznie odrzucenia.

Niestety tak wygląda większość relacji pomiędzy ludźmi. Tak na przykład funkcjonuje szkoła, która bardziej uczy „stosunku do przedmiotu” niż do ludzi. Tak układają się relacje zawodowe, w których istotą jest efektywna przydatność pracownika dla firmy, a nie względy osobowe. Tak wreszcie na co dzień funkcjonuje cała dziedzina reklamy i handlu, gdzie wcale nie chodzi wmawianą wszystkim rzekomą „troskę o człowieka” lecz o korzystne sprzedanie produktu. Ogólnie można powiedzieć, że na pierwszym miejscu w tych relacjach jest nie tyle człowiek, co zysk – korzyść, którą można dzięki niemu osiągnąć.

Są jednak dwie dziedziny życia, w których zastosowanie powyższych zasad przynosi kompletna klęskę. Tymi dziedzinami są religia i miłość miedzy ludźmi.

Próba „uprzedmiotowienia” i wykorzystania Pana Boga jest skazana na porażkę, ponieważ On nigdy nie pozwoli sprowadzić się do roli użytkowej. Na tym polega problem wielu współczesnych ludzi – nie widzą praktycznego pożytku z wiary, nie mogą wykorzystać Pana Boga do swoich potrzeb, wobec tego Pan Bóg nie jest im potrzebny. I stąd postawa „wierzący – niepraktykujący”, która zdaje się mówić „Bóg istnieje, ale to nie ma znaczenia dla mojego życia”.

Podobnie trudne, czy wręcz niemożliwe, są relacje miłości pomiędzy ludźmi, jeśli próbuje się je sprowadzić do poziomu użyteczności. Owszem miłość zaczyna się od zainteresowania kimś, kto swoją obecnością przynosi nam radość. Każde zakochanie ma u swoich podstaw egoizm, co zresztą słychać w wyznaniu „kocham się w…”. Jeśli „kocham się”, czyli „kocham siebie” to znaczy, jestem z kimś, dopóki jest to dla mnie tak czy inaczej korzystne. Nic dziwnego, jeśli w stanie „zakochania” po zaspokojeniu własnych potrzeb emocjonalnych czy zmysłowych następuje odrzucenie lub wymiana „przedmiotu zainteresowania”, czy „pożądania”. Stąd tyle cierpienia, a nawet rzeczywistej krzywdy, gdy zakochanie pomyli się z miłością.

Miłość to zupełnie inny kierunek działania. Jej sensem nie jest własna korzyść, lecz dar dla kochanej osoby. Na tym też polega szczególny rodzaj miłości, którym jest przyjaźń. W przyjaźni szuka się dobra przyjaciela. Dlatego prawdziwym początkiem każdej miłości, także tej między chłopcem a dziewczyną, jest przyjaźń.

W przyjaźni żyje się dla przyjaciela. W miłości zapomina się o sobie i swoich potrzebach, bo ważniejsze jest życie i potrzeby osoby kochanej. W ten sposób – zapominając o sobie – można by rzeczywiście, jak to się mówi „umrzeć z miłości”. Dlatego w przyjaźni i miłości tak ważna jest wzajemność. Ten kto kocha nie ginie, chociaż zapomina o sobie, bo podtrzymuje go przy życiu dar wzajemności – troskliwa odpowiedź kochającego.

Być człowiekiem wobec bliźnich, to znaczy obdarzyć ich swoją przyjaźnią i miłością. Mieć poczucie, że jest się człowiekiem także można tylko wtedy, gdy jest się obdarzonym przyjaźnią i miłością. O tyle więc żyjemy po ludzku wśród ludzi, o ile możemy udokumentować swoje życie świadectwami przyjaźni i miłości. Nie to, co posiadamy i co dzięki innym osiągamy, lecz to, co innym możemy zaoferować jest miarą naszego człowieczeństwa.

… wobec świata, to znaczy panować.

Wbrew pozorom bardzo często człowiek wcale nie spieszy się aby korzystać z przysługującego mu prawa panowania nad światem. Tych, którym wydaje się, że polega ono na swobodnym wykorzystywaniu posiadanych rzeczy, zaskakuje przypisany władzy ciężar odpowiedzialności. Odpowiedzialność jest nierozerwalnie związana choćby nawet z najmniejszym zakresem władzy.

Jasne jest i oczywiste, że młodzież jak najszybciej chce być dorosła. Dlaczego? To proste – dorosłym wszystko wolno. Mają prawo do pełnego korzystania z dóbr tego świata. Wydaje się, że mogą dowolnie korzystać z życia. A młodzież lubi i umie korzystać. Dlaczego więc dorośli chętnie powróciliby do lat młodzieńczych? Wtedy korzystanie z życia, choć ograniczone, nie wiązało się z żadną odpowiedzialnością. Dzieci i młodzież korzystają ze świata na zasadzie beztroskiej zabawy. Mają do tego prawo, bo za zabawki płacą ich rodzice. Inaczej jest w dorosłym życiu. Za każdą decyzje trzeba samemu odpowiadać, a każda decyzja to zysk, albo strata.

Załóżmy, że ktoś otrzymał kilka złotych. Może je wydać na różne chwilowe przyjemności. Ma do tego prawo. Może jednak za te pieniądze kupić choćby najprostsze narzędzia, a praca dzięki nim wykonana może przynieść o wiele większe korzyści. Może też kupić książkę, a zdobyta dzięki niej wiedza może przysłużyć się jego dalszemu rozwojowi. Pieniądze zużyte na chwilowe przyjemności są stracone bezpowrotnie. Pieniądze zainwestowane w jakąkolwiek umiejętność, bądź wiedzę, przynoszą korzyść.

Podobnie jest z panowaniem nad czasem naszego życia. Ponosimy za niego odpowiedzialność. Każda chwila i każdy dzień są jedyne i bezpowrotne. Można je spędzić na lenistwie, a można nawet odpoczynek wykorzystać twórczo. Pierwszy sposób owszem niewiele kosztuje, ale równocześnie zupełnie nic nie daje, poza rozczarowaniem i poczuciem bezsensu. Drugi sposób, choć nieco trudniejszy, zawsze ubogaca i pomnaża dobro.

Otóż właśnie prawdziwie ludzki sposób panowania nad czasem i rzeczami materialnymi to nie konsumpcja, czyli proste zużywanie ich dla własnej satysfakcji, lecz takie z nich korzystanie, aby przynosiły jeszcze większe dobro. Takie panowanie opiera się na odpowiedzialności i ukrytej w duszy człowieka potrzebie twórczego zaangażowania poprzez pracę.

Okazuje się, że człowiek jest najbardziej szczęśliwy, najbardziej się realizuje i jest sobą, gdy może wcielać w życie swoje twórcze pomysły. Potrzeba tworzenia, to znaczy kształtowania otoczenia według własnego zamysłu wpisana jest w duszę człowieka w akcie stworzenia. Jest to element naszego podobieństwa do Boga Stwórcy. To nasze duchowe dziedzictwo – chcemy, tak jak nasz Ojciec, czynić dobro. Dlatego najbardziej ludzkim sposobem panowania nad światem jest twórcza praca.

Co to więc znaczy, być człowiekiem? Co to znaczy, żyć jak człowiek? To przede wszystkim postępować zgodnie z głosem prawego sumienia. Być człowiekiem, to znaczy trwać w postawie ofiarowania siebie Panu Bogu czyli w ubóstwie, posłuszeństwie i czystości. Ponadto być człowiekiem, to żyć w przyjaźni i miłości wobec ludzi. I wreszcie być człowiekiem to pomnażać dobro przez swoją twórczą pracę. Warto zapamiętać te zasady. Ich spełnienie przynosi sercu pokój i radość życia.

Możliwość komentowania jest wyłączona.