Ks. Robert Kwatek – TAJEMNICA EUCHARYSTII

Wezwanie do nawrócenia

Nie ulega wątpliwości, że Eucharystia jest dla nas wezwaniem do przemiany. Już sam fakt tajemnicy zawartej w słowach i gestach wymaga przemiany kategorii myślenia i odmiennej oceny rzeczy widzialnych. Trzeba w nich widzieć to, co ukryte. Trzeba przestroić całą swoją zdolność poznawczą na rozpoznanie i przyjęcie prawdy utajonej.

Zdolność poznania tego co ukryte, decyduje o możliwości spotkania z Bogiem obecnym w Eucharystii. Nawrócenie nie jest zatem tylko kategorią moralną. Przemiana potrzebna do przeżywania Eucharystii zaczyna się od przemiany wrażliwości. Od uruchomienia wrażliwości nie tyle zmysłowej, co duchowej. Mówiliśmy już o tym w drugim dniu pielgrzymki. Mentalność medialna nie daje szansy na doświadczenie tego, co święte. Co należy zatem uczynić, aby Eucharystia była dla nas spotkaniem z tajemnicą?

Starszym kapłanom z Warszawskiego Seminarium Duchownego znana jest anegdota o jednym z księży profesorów. – „Domine, co jest u góry strony? – pytał, otwierając Biblię na przykład na pierwszej stronie księgi Jeremiasza. Klerycy łamali sobie głowy. – Tytuł… nazwa… pierwsze zdanie… duża litera… – Wszystko źle! Chodziło o górny margines… U początku strony jest margines – wolna przestrzeń oddzielająca treść książki od tego, co jest dookoła, od świata. Aby skupić się na zapisanym tekście, aby odczytać treść, trzeba odsunąć to wszystko, co rozprasza. Czytając wchodzi się przecież w zupełnie inny świat, w inny czas, inne okoliczności, inne przeżycia. W lekturze potrzebne jest skupienie. To nic innego jak umiejętność obecności we właściwym miejscu i czasie całym sobą.

Wejście w głębię treści zawartej w Eucharystii także wymaga marginesu – tej wolnej przestrzeni oddzielającej jedną rzeczywistość od drugiej – sprawy tego świata od spraw nadprzyrodzonych. Kolejna historia, którą chcemy tu przytoczyć doskonale nam pokaże znaczenie takiego marginesu w przygotowaniu do Mszy świętej.

Działo się to w roku 1979 podczas pierwszej pielgrzymki papieża Jana Pawła II do Polski. Tuż przed Mszą świętą w Warszawie do Ojca świętego chciał podejść jeden z wysokich urzędników państwowych. Miał wszelkie potrzebne przepustki, więc kolejne grupy milicjantów, ochroniarzy, agentów Biura Ochrony Rządu przepuszczały go bez problemu. Tak dotarł do zakrystii na dwadzieścia minut przed rozpoczęciem Mszy świętej. Tu zatrzymał go ksiądz Stanisław Dziwisz. Nie dał się przekonać żadnymi argumentami, aby pozwolić na rozmowę z papieżem. – „Niech pan zrozumie – mówił – że na godzinę przed Mszą świętą nie ma dla Ojca Świętego spraw ważnych na tej ziemi.” Tak ów margines pomiędzy światem a Eucharystią traktował dzisiejszy kandydat na ołtarze. Zastanówmy się więc jaki margines pozostawiamy sobie…?

Taki margines przejścia pomiędzy światem i jego mentalnością, a Eucharystią jest niezbędny. Świat jest po prostu w nieustannym konflikcie z tymi wartościami, które ukryte są w Eucharystii. Bez niezbędnego przygotowania żaden człowiek nie jest w stanie właściwie uczestniczyć w tak wyjątkowym spotkaniu z Bogiem.

Najlepszy przykład konieczności przygotowania do Eucharystii znajdujemy w Ewangelii. Oto dwaj uczniowie idący do Emaus pełni są wątpliwości, żalu i pretensji do przebiegu wydarzeń w Jerozolimie. To nie tak miało być! Jezus okazał się zbyt słabym, by podjąć walkę o królestwo, którego nadejście obiecywał. Spodziewali się innego scenariusza wydarzeń i innego finału. Według swego przekonania zawiedli się na swym Mistrzu. Doświadczyli klęski, stracili nadzieję i z poczuciem smutku odchodzili z miejsca, które także dla nich było zbyt niebezpieczne.

Potrzebna była bezpośrednia interwencja Chrystusa, aby uczniowie te same wydarzenia zobaczyli w zupełnie innej perspektywie. Aby zrozumieli odmienną od ludzkiej strategię działania Boga i Jego Syna. Aby ich serca porzuciły daremny smutek i rozpaliły się na nowo wiarą, nadzieją i miłością. Po tej interwencji, po rozmowie jaką uczniowie przeprowadzili z Wędrowcem, który się do nich przyłączył, sami poprosili, aby został z nimi na wieczerzy. Gdy połamał chleb rozpoznali swego Mistrza. Wtedy wszystko stało się jasne i oczywiste. Ich serca pałały radością i były przepełnione szczęściem.

Możemy porównać tę sytuację do dostrojenia odbiornika radiowego czy telewizyjnego, tak aby odbierał bez zakłóceń właściwą falę. Pan Bóg pragnie przekazać nam prawdziwy obraz i treść wydarzeń z historii zbawienia. Historii, która bezpośrednio dotyczy także nas samych. Jeśli nasza wrażliwość jest rozregulowana lub nastawiona na zupełnie inny odbiór, przekaz prawdy jest utrudniony lub wręcz niemożliwy. Jeśli dostroimy swoją duchową wrażliwość do zakresu na którym przemawia do nas Bóg, nasze serca będą pałały z zachwytu. Wszystko, co dzieje się przed rozpoczęciem Mszy świętej i tuż po jej początku, w tak zwanych Obrzędach Wstępnych, ma na celu właśnie dostrojenie naszej wrażliwości do zakresu, w którym przemawia do nas Bóg. Przyjrzyjmy się zatem bliżej tym przygotowaniom.

Obrzędy wstępne Mszy świętej można porównać do rytuału, który odbywał się w dawnych zamkach królewskich. Otóż, gdy król miał przyjąć kogoś ze swych poddanych na audiencji, zanim gość został dopuszczony przed oblicze monarchy, poddawany był pewnego rodzaju zabiegom wstępnym. Polegały one najpierw na oczekiwaniu. Długim oczekiwaniu. Miało ono uświadomić przychodzącemu różnicę godności. To nie król jest w poczekalni do swego poddanego lecz odwrotnie. Następnie gościa wprowadzano do coraz wspanialszych komnat. Na ścianach były umieszczone obrazy przedstawiające dokonania króla i całej jego dynastii. Zwycięskie bitwy, wzniesione miasta, ufundowane klasztory… Bogaty wystrój i majestat tych komnat miał uzmysłowić przychodzącemu, że za chwilę ujrzy pomazańca Bożego. Taki rytuał kilkakrotnego oczekiwania i stopniowego przechodzenia do coraz wspanialszych komnat trwał podobno czasami nawet ponad godzinę. A wszystko to po to, aby gość uświadomił sobie jakiego doświadcza zaszczytu i wyróżnienia, będąc dopuszczonym przed najjaśniejsze oblicze władcy. Taką wizytę gość zapamiętywał na całe życie. Wychodząc wiedział, że doznał czegoś wyjątkowego.

Zobaczmy jak uprościliśmy, niemal sprofanowaliśmy nasze wejście do świątyni przed oblicze Boga. Czy nasze wejście do świątyni wyraża szacunek dla Boga? Począwszy do stroju, przez czas i zachowanie nasz wejście do kościoła czasami przypomina wypad do supermarketu. Prosto z samochodu, albo z ulicy… raz, dwa, trzy… szybko, żeby złapać to, co chcemy…, oby personel był w miarę miły, a zresztą to i tak nie ważne… Zabieramy swoje i wracamy do swojego świata. Takiego spotkania się nie pamięta, podobnie jak nie pamięta się kolejnych zakupów w supermarkecie.

Pozwólmy zatem raczej wprowadzić się powoli w tajemnicę spotkania z Wszechmogącym Bogiem w Trójcy Świętej Jedynym. Jest to obrzęd nawrócenia z postawy obojętnego widza na postawę obdarowanego przyjaciela. Z postawy obcego przechodnia na właściwą atmosferze tego spotkania postawę kochanego i kochającego dziecka. Jest to zatem wezwanie do generalnego nawrócenia.

„W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego”. Znak krzyża jest pierwszym wspólnym działaniem kapłana i wiernych. Zauważmy, że gest towarzyszący tym słowom, jeśli jest poprawnie wykonany, przekreśla całego człowieka. Znak krzyża jest tu wyznaniem wiary i jakby bramą, przez którą przechodzimy pozostawiając za sobą wszystko, co jest na tym świecie, by wejść w świat tajemnicy Boga. Oto przestaję być dla siebie, przekreślam siebie, by być dla Boga. Świadomie wykonany znak krzyża to wezwanie do pełnego zaangażowania w to wszystko, co będzie się działo za chwilę. Słowo „Amen” wypowiedziane przez wszystkich obecnych jest zgodą na wejście w tajemnicę wiary: „Amen” znaczy „Niech się tak stanie!”. Zaczyna się inny wymiar istnienia.

„Pan z wami – i z duchem twoim”. To nie jest takie zwykłe: „Dzień dobry drodzy parafianie!” na które wierni odpowiadają: „I księdzu również wszystkiego najlepszego!”. Pozdrowienie chrześcijańskie nie jest zwyczajową kurtuazją, przynajmniej nie powinno tylko nią być. Jest radosnym potwierdzeniem przyjęcia zaproszenia na Ucztę Eucharystyczną. Zaproszenie zostało skierowane do wszystkich wiernych. Odpowiedzieli na nie tylko niektórzy. W sercach tych pozostałych nie było miejsca dla Boga. Do tych, którzy przybyli, kapłan kieruje słowa radosnej prawdy: „Pan z wami!” Jest to potwierdzenie wyjątkowego wyróżnienia jakim zostali obdarowani obecni. Tu uświadamiamy sobie naszą przewagę nad innymi ludźmi. Może tamci są zdolniejsi, bogatsi, sławniejsi? Może mają więcej wolnego czasu, są bardziej opaleni, zwiedzili ciekawe miejsca…? Cóż z tego, kiedy nie ma z nimi Boga? On jest z nami, a to przecież cel i sens ludzkiego życia. To pozdrowienie jest także zachętą: „Przestańcie żałować tego, co pozostawiliście, aby przyjść na spotkanie z Bogiem. On jest z wami. On jest dla was! Wraz z darem Jego obecności otrzymacie wszystko, co jest waszym szczęściem”. Jest to także wezwanie do czujności: „Uważaj! Pan jest obecny. Patrz uważnie, słuchaj pilnie, módl się żarliwie, abyś nie wyszedł stąd samotny, nie zaznawszy Jego przyjaźni przez nieuwagę i zapatrzenie w siebie”. W liturgii nie ma zbędnych słów. Każdy, nawet najkrótszy zwrot ma w sobie ogrom treści. Kolejne słowa i gesty w liturgii są ze sobą ściśle połączone, jak ogniwa łańcucha. Tracąc ten związek, tracąc wątek wydarzeń liturgicznych możemy nie odnaleźć sensu tego, co ma nastąpić. Uważajmy więc, co ma dziać się dalej.

Przyjrzymy się teraz aktowi pokuty. Jeśli nie poprzedza go świadome wyznanie wiary w znaku krzyża i zrozumienie zaszczytu jaki nas spotkał podkreślonego pozdrowieniem w imię Boga, sam akt pokuty staje się pustą formalnością. Bez tych wcześniejszych znaków spotkania z Bogiem pozostajemy skupieni na sobie. Sami dla siebie możemy wydawać się całkiem w porządku, wobec tego akt skruchy jest tylko grzecznościowym „przepraszam”. Jest kurtuazyjnym pustosłowiem.

Inaczej się dzieje, gdy pierwsze słowa i gesty uświadamiają nam majestat Boga. Jeśli wiemy kim jest On, i zdajemy sobie sprawę z tego, kim jesteśmy my, ta konfrontacja nieuchronnie wprowadza nas w uznanie i wyznanie swojej słabości.

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Jesteśmy zaproszeni na eleganckie wytworne przyjęcie. Wymagane są stroje wieczorowe. Zaniedbani i zapędzeni w ostatniej chwili wkładamy na siebie wyciągnięte z szafy ubranie z nadzieją, że wszystko jest z nim w porządku. W półmroku naszego mieszkania wygląda przecież całkiem dobrze. Gdy jednak wchodzimy na jasno oświetloną salę nagle okazuje się, że ubranie ma kilka plam i jest gdzieniegdzie zagniecione. Cóż nam pozostaje? Wycofać się, albo przeprosić Gospodarza i innych gości za swój niestosowny wygląd. To duży afront wobec Pana Domu i innych gości. Wypada przeprosić. Gospodarz ratuje sytuację. Daje nam nowy strój, abyśmy mogli czuć się dobrze w doborowym towarzystwie.

Chwila milczenia przed słowami wyznania skruchy to czas decyzji. Albo pozostaniemy w swoim uporze twierdząc, że z nami wszystko jest w porządku i będziemy przybierali tak zwaną „dobrą minę do złej gry”, albo uznamy prawdę swej sytuacji i przeprosimy za plamy na sumieniu. Niektórzy niestety trwają w uporze. Dla nich Pan Jezus już nic nie może zrobić. To sytuacja Judasza na Ostatniej Wieczerzy, który widząc, że został zdekonspirowany, mimo wszystko pozostaje przy swoim. Jezus dał mu szansę puszczając snop światła w jego duszę, a on mimo to wchodzi w ciemność. To rzeczywisty wybór człowieka.

Chwila milczenia i słowa aktu skruchy są kluczem otwierającym następne tajemnice Eucharystii. Albo pozwolimy Chrystusowi by nas oczyścił, by obmył nasze nogi, jak uczniom w Wieczerniku, albo nie przyjmiemy tej posługi miłosierdzia. Wtedy nie będziemy mieli udziału w Uczcie Chrystusa: „Piotrze, jeśli cię nie obmyję, nie będziesz miał udziału ze mną…”

Panie zmiłuj się nad nami!” – „Kirie eleison!” To krótkie wezwanie, następujące po akcie pokutnym, nie jest wcale jego powtórzeniem. Wezwanie „Kirie eleison” zapożyczone jest ze zwyczajów starożytnego świata. Takimi okrzykami witano wodza powracającego do swej ojczyzny, do swego miasta, po odniesionym zwycięstwie. Mieszkańcy w ten sposób wyznawali po pierwsze potęgę zwycięzcy, a po drugie wyrażali nadzieję, że jego zwycięstwo będzie także dla nich zbawienne. Uchroni ich od wrogów i wyrządzanych przez nich krzywd. Było to wyznanie w rodzaju: „Tyś Panem i zwycięzcą. Tyś pogromcą zła. W naszej słabości w Tobie jest nasza nadzieja na pokonanie naszych wrogów, na nasze ocalenie”.

Zobaczmy jaki głęboki sens ma taka treść wyrażona wobec Chrystusa tuż po przyznaniu się do naszej słabości. To nie my samych siebie mamy uporządkować. Nawet nie jesteśmy do tego zdolni. Nasi wrogowi są zbyt potężni. Popadliśmy w niewolę zbyt potężnego przeciwnika. Stąd nasze nałogi, nasze nieustanne upadki, nasze uzależnienia, nasze grzechy. „Panie zmiłuj się nad nami”zwycięski Chryste, w Tobie jest nasza nadzieja! W tych słowach wyznajemy: Ty jesteś pogromcą zła. W Twoim zwycięstwie jest nasze ocalenie! To Twoja zasługa, że uratowani i oczyszczeni możemy wejść na Ucztę. I znów zauważmy, jeśli przez ten etap przejdziemy z całym zrozumieniem i zaangażowaniem, zupełnie zrozumiałe stanie się dla nas, że wspólnie śpiewamy hymn uwielbienia: „Chwała na wysokości Bogu…”

Jest to hymn uwielbienia Boga w Trójcy Jedynego. Ten hymn pozwala nam jeszcze w obrzędach wstępnych zobaczyć właściwą perspektywę wydarzenia, w którym mamy uczestniczyć. Przywołując porównanie obrzędów wstępnych do stopniowego wprowadzania gościa na audiencję przed oblicze monarchy, możemy powiedzieć, że hymn „chwała na wysokości Bogu” jest wejściem do sali tronowej. Sala ta zazwyczaj była najbogatszą i najwspanialej ozdobioną. Widok zapierał dech w piersiach, prowokował do okrzyku zachwytu.

Hymn „Chwała na wysokości Bogu” jest właściwie ostatnim sprawdzianem stanu przygotowania ludzkiej duszy do spotkania z Bogiem. Ktoś, kto uczciwie przeszedł kolejne stopnie wprowadzenia, dobrze odczytał kolejne znaki obrzędów wstępnych, w tym momencie powinien być zdolny do spontanicznego okrzyku uwielbienia. Tak wiele już się wydarzyło we Mszy świętej. Tak wiele już człowiek doznał… Tak bardzo już jest odmieniony… To jego wielki dzień. Zostanie dopuszczony przed oblicze Boga. Właściwie to już jest przed Obliczem Jego Majestatu… Cóż wtedy może powiedzieć? „Tylko Tyś jest święty. Tylko Tyś jest Panem. Tylko Tyś Najwyższy…

Bóg nie jest próżny. Nie chce naszego uwielbienia dla niego samego. On jest Miłością. To spotkanie jest dla nas i ze względu na nas, więc On pozwala nam mówić. Tu następuje tak zwana „Kolekta”. Ma ona swoją szczególną strukturę.

Najpierw następuje wezwanie do modlitwy: „Módlmy się!”, a po nim chwila ciszy. Jest to czas na osobistą rozmowę z Bogiem. Tu już nie chodzi o decyzję, jak w przypadku aktu skruchy, lecz o szczere wyznanie tajemnicy swojego serca. Z czym przychodzisz przed Jego Majestat? O co chcesz prosić? Oto masz wyjątkową szansę wypowiedzieć swoje błaganie, dziękczynienie, przebłaganie… Jakże to smutne, że w tym momencie wiele osób pozostaje jakby w pustce. Nie mają nic do powiedzenia Panu Bogu. To tak jakby chcieli wymigać się od postawionego pytania stwierdzeniem w rodzaju: „Ja tu tak tylko… Z kolegą przyszedłem… Tak sobie…”. Kompletna pomyłka.

Kapłan słowami „Módlmy się” stawia przed zebranymi jakby „otwarty kosz”. Każdy może włożyć do niego to, co uważa za stosowne: sprawy osobiste, rodzinne, sprawy Ojczyzny i Kościoła, dziękczynienie, wynagrodzenie, prośbę. Kapłan w tym momencie przedstawia Bogu intencję, którą podają składający ofiarę pieniężną. Te osoby mają szczególny udział we Mszy świętej. Gdy „kosz” zostanie wypełniony, kapłan w imieniu całego ludu wznosi go do Boga i w krótkiej modlitwie jeszcze raz przedstawia wszystkie sprawy Bogu, prosząc o ich wysłuchanie „przez Jezusa Chrystusa Pana naszego”. To jest właściwa „Kolekta”, czyli zebranie wszystkich intencji. Oby nigdy wśród nich nie zabrakło naszej.

Eucharystia jest zatem wezwaniem do nawrócenia. Po pierwsze do zmiany wewnętrznej wrażliwości. Do przestawienia się z doznań zmysłowych na doznania duchowe. Mentalność świata zawsze prowokuje do pretensji wobec Pana Boga. Tak właśnie myśleli uczniowie w drodze do Emaus. Zostali przemienieni spotkaniem z Chrystusem, który oczyścił i odmienił ich serca i umysły. Przygotował na udział w Eucharystii. Dzięki przeżytej przemianie poznali Go po łamaniu chleba.

Warto zastanowić się z jakim nastawieniem przychodzimy na Mszę świętą. Warto wprowadzić w swój zwyczaj uczestniczenia w Eucharystii pewien margines oddzielający w naszej świadomości sprawy tego świata od spraw nadprzyrodzonych, które są istotą Mszy świętej. Warto też poddać się przemianie dokonywanej przez udział w Obrzędach wstępnych. Bez takiego przygotowania nie doświadczymy tej prawdy, że zostaliśmy jako przyjaciele zaproszeni na ucztę przez samego Boga.

Obiecajmy sobie, że od tej chwili będziemy się starali dobrze wykorzystywać obrzędy wstępne we Mszy świętej. Tam nie ma miejsca na nudę. Jest to czas odkrywania przyjaźni. Najważniejsze i najciekawsze ma dopiero nastąpić. Przed nami Liturgia Słowa i Liturgia Eucharystii.

Możliwość komentowania jest wyłączona.