Ks. Robert Kwatek – TAJEMNICA EUCHARYSTII

Dla kogo jest Msza święta?

Ktoś powiedział, że odkąd powstała kolorowa telewizja, świat przestał być czaro-biały. Chodzi oczywiście o wpływ mediów na moralność. Dobrze powiedziane! To trafne spostrzeżenie. Rzeczywiście. Wszechwładne media powodują, że zaciera się wyraźna granica pomiędzy „czernią” a „bielą” ludzkich postaw i zachowań. Ginie granica pomiędzy dobrem a złem, pomiędzy prawdą i fałszem, pomiędzy faktem a fikcją. Wartościami zastępującymi dobro i prawdę stają się sukces, atrakcyjność, popularność, rozrywka i oczywiście pieniądze. Zło również jest rozumiane w tych kategoriach. Złem w dzisiejszym rozumieniu jest nie być popularnym, atrakcyjnym i nie mieć pieniędzy.

Inną zasadą, którą chciałby się rządzić dzisiejszy świat jest tolerancja. Jest ona konsekwencją zagubienia ostrości widzenia wartości moralnych i duchowych. Skoro bowiem dobro i zło staje się trudne do określenia, a każdy jednak chciałby być uważany za dobrego i wartościowego, to z konieczności pojawia się postulat uznania za dobrą i wartościową każdej, czyli dowolnej postawy. W efekcie ludzie uważają, że niezależnie od tego jak żyją i kim są, powinni mieć wszelkie prawa. W tym także prawo do udziału we Mszy świętej.

Taka sytuacja powoduje, że wartości zawarte we Mszy świętej po prostu do ludzi nie docierają. Człowiek oceniający życie według kryteriów medialnych i źle rozumianej tolerancji nie może dostrzec niczego ciekawego, ważnego, ani też wartościowego w godzinie obecności w kościele na Mszy świętej. Niektórzy stwierdzają wręcz, że to najtrudniejsza i chyba najbardziej nudna godzina w całym tygodniu. W takiej sytuacji co najwyżej wspomniana wcześniej grzeczność wobec Pana Boga i wierność tradycjom, skłania tych najbardziej oddanych, do przychodzenia na Mszę świętą w niedzielę. Oczywiście! Każdy może przyjść do kościoła. Ale czy każdy kto przyszedł, na prawdę będzie uczestnikiem liturgii?

Na to pytanie bardzo łatwo odpowie nam wniosek z następującego przykładu. Otóż trójka przyjaciół umówiła się na wspólne wyjście do kina. Rozpoczęła się projekcja filmu, a jeden z nich jeszcze nie przyszedł. Dopiero po dwudziestu minutach dosiadł się do kolegów. Patrzył na dalszy ciąg filmu, ale nie mógł utrafić z właściwymi reakcjami. Gdy wszyscy w kinie i wraz z nimi jego koledzy przy kolejnych scenach wzruszali się, lub wybuchali śmiechem, on nieco zbity z tropu nieustannie pytał, o co chodzi, z czego oni się śmieją. Nie mógł wczuć się w treść fabuły, gdyż nie został w nią wprowadzony. Będąc widzem „prosto z ulicy” nie miał udziału w tajemnicy zawartej w głębszej warstwie kolejnych scen i dialogów. Patrzył na obrazy, widział je, ale wcale do niego nie przemawiały. Później, gdy jego koledzy wymieniali wrażenia o filmie i doceniali jego wartość, on stwierdził, że film był nudny i w ogóle niezrozumiały.

Podobnie jest z udziałem w Eucharystii. Jeśli ktoś niewtajemniczony będzie słuchaczem i obserwatorem liturgii, będzie widział kolejne sceny, ale nie zrozumie ich treści, nie wyczuje dramatyzmu tego wydarzenia i odniesie wrażenie, że jest ono puste i nudne. Zupełnie nie dzisiejsze, nie przystające do rzeczywistości.

Eucharystia jest tajemnicą wiary, a zatem udział w niej wymaga wtajemniczenia. Bez tego procesu wprowadzenia w głębię wydarzeń, które leżały u jej podstaw, w głębię treści słów i znaków, z których dzisiaj się składa, Msza święta będzie tylko przeżyciem estetycznym. Na zasadzie wartości medialnych będzie oceniana jej atrakcyjność, atmosfera, i ogólne wrażenie jakie wywarł „występ” księdza i całej asysty z oprawą muzyczna włącznie. Pod kątem tolerancji, lub jej braku będzie oceniane wygłoszone kazanie. Czy było „miłe dla ucha”, czy też ksiądz się dzisiaj „czepiał” różnych takich… Czasami zresztą słychać takie refleksje uczestników liturgii w guście: „Ale ładnie się odprawiało!” „Jak przyjemnie jest w naszym kościółku!” Albo: „Wcale sobie dzisiaj nie pośpiewałem z zespołem. Bez nich ta Msza jest jakaś taka…”

Proszę, byśmy starli się dobrze zrozumieć ten problem. Wcale nie chodzi o to, aby w naszych kościołach było brzydko, nieprzyjemnie, smutno i głucho. Jednak nie dla wrażeń estetycznych pozostawił nam Pan Jezus Eucharystię. Nie o atrakcyjność, popularność, przyjemność, rozrywkę i miłe wrażenia chodzi w uczestnictwie we Mszy świętej.

Niestety wina leży w nas samych. Przychodzimy ze świata, który wraz z jego bałaganem moralnym i źle rozumianą tolerancją jest dla nas mimo wszystko naturalnym środowiskiem i mimowolnie pragniemy, aby liturgia również była zgodna z naszą – ukształtowaną według świata – wrażliwością. Wtedy – jak uważamy – byłaby „naszą Mszą świętą”.

I tu pojawia się kolejny problem. Co to znaczy: „nasza Msza święta”? Czy w naszym rozumieniu Msza święta jest jeszcze żywą Ofiarą Chrystusa, czy też może tak bardzo ją sobie zawłaszczyliśmy, że wypełniamy ją całkowicie naszą aktywnością, naszym działaniem, naszymi słowami? Czy Eucharystia urozmaicana różnymi atrakcjami nie staje się po trochu spektaklem wyreżyserowanym wedle ludzkich upodobań, ku ludzkiemu zadowoleniu? Swego rodzaju wydarzeniem religijno – kulturalnym, dla uspokojenia sumień?

Szukając odpowiedzi na te pytania warto sięgnąć do szóstego rozdziału Ewangelii św. Jana. Oto za Chrystusem podążają tłumy. Dla zgłodniałych tysięcy ludzi Jezus dokonuje znaku rozmnożenia chleba. Rozentuzjazmowani ludzie chcą obwołać Go królem. Jezus jest u szczytu popularności. On usuwa się z tłumu, i ze swoimi uczniami odpływa na drugi brzeg jeziora. A gdy ludzie odnajdują go następnego dnia, wygłasza takie kazanie o znaczeniu pokarmu który otrzymali, że rzesze zawiedzione i zgorszone odchodzą. Nawet uczniowie byli zdezorientowani i z niedowierzaniem przyjmowali słowa Nauczyciela. Jezus ich też zapytał: „Czy i wy chcecie odejść?”.

Oto pierwowzór naszego zachowania wobec Eucharystii. Rozmnożenie chleba widziane w kategoriach ludzkich potrzeb i upodobań sprowokowało ludzi do chęci obwołania Jezusa królem. Taki właśnie Jezus im się spodobał. Był dla nich idolem, dlatego Go szukali. Ale gdy Jezus postawił warunek przyjęcia wymagań wiary, ludzie zaczęli odchodzić. To już nie była ich wizja pobożności. To już im się nie podobało.

Zauważmy, że według kryteriów medialnych Jezus popełnił błąd. Wedle tych kryteriów mając tak wielką popularność powinien tym bardziej ją podsycać i tym samym umacniać swoją pozycję. Tymczasem On postawił wymagania. Chciał aby za Nim podążali tylko Ci, którzy uwierzą w prawdę o Jego Ofierze. Patrząc na odchodzące tłumy niczego nie tłumaczył, nie upraszczał, nie gonił za odchodzącymi. Pozwolił im odejść. Po ludzku rzecz biorąc poniósł klęskę, jednak jako Nauczyciel wiary postąpił słusznie, nie dopuszczając do przyjęcia fałszywego znaczenia znaku rozmnożenia chleba.

Taka postawa Jezusa mówi nam, że nie wszyscy mogą prawdziwie uczestniczyć w Eucharystii. Jest ona dla tych, którzy prawdziwie wierzą i poszukują zbawienia. Taki wniosek podpowiadają nam słowa odpowiedzi, jakiej na pytanie Jezusa skierowane do uczniów: „Czy i wy chcecie odejść?” udzielił Piotr: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga”. Słowa Apostoła Piotra wskazują nam drogę koniecznego wtajemniczenia w Eucharystię. Bez przejścia przez kolejne etapy tego wtajemniczenia Msza święta zawsze będzie tylko spektaklem.

Pierwszym etapem na tej drodze jest poznanie Ewangelii jako Dobrej Nowiny o zbawieniu. Pozornie mogłoby się wydawać, że ten etap wszyscy mamy już opanowany. Lekcje religii prowadzone w szkołach pozwalają nam przecież zapoznać się z treścią Ewangelii. Wszyscy znamy historię narodzin, życia, śmierci i zmartwychwstania Pana Jezusa. Czym innym jest jednak wiedzieć o tych wydarzeniach, a czym innym rozumieć je jako bezpośrednio odnoszące się do naszego życia. Czym innym jest bowiem powiedzieć ogólnie „Jezus jest Zbawicielem”, a czym innym wyznać z głębi serca „Jezus jest moim Zbawicielem”.

Żeby przejść od takiej ogólnej wiedzy do osobistego wyznania, potrzebna jest osobista lektura Ewangelii. Lektura, która zamienia się w modlitwę. Wtedy Słowo Boże może działać w naszych sercach zgodnie ze swoją naturą. Ono ma w sobie utajoną moc, która oczyszcza ludzkie serca od mentalności tego świata, od wspomnianej wcześniej mentalności medialnej.

Domyślamy się zapewne, że nie chodzi tylko o zwykłe zapoznanie się z tekstem Ewangelii. Podstawowy błąd jakiemu najczęściej ulegamy to przekonanie, że skoro umiemy czytać po polsku, umiemy odczytać słowa i zdania, to już możemy czytać Ewangelię, a nawet samodzielnie ją sobie wyjaśniać na własny użytek. Tymczasem Ewangelia zawiera Słowo Boga. Trzeba więc przybliżyć się do Niego, aby rozumieć znaczenie Jego słów.

Dobrym zwyczajem jest codzienna systematyczna lektura Pisma Świętego. Niestety rzadko kiedy zdarza się, abyśmy wytrwali w takiej gorliwości i zachowali ten sposób zapoznawania się ze Słowem Boga. W tym względzie zawstydzają nas muzułmanie. Wierny wyznawca Islamu czyta cały Koran w ciągu czterech do pięciu tygodni. Czyta go codziennie, i to przez całe życie. Koran w swej objętości odpowiada mniej więcej naszym czterem Ewangeliom wraz z Dziejami Apostolskimi. Kto z nas mógłby się pochwalić, że w ciągu miesiąca codziennej lektury przeczytał najważniejsze księgi Nowego Testamentu, a przeczytawszy nie odłożył ich na półkę lecz nieustannie do nich powraca? Czy możemy się dziwić, że muzułmanie wydają nam się silniejsi w swoich przekonaniach i bardziej zaangażowani w praktykowanie zasad swej religii?

Codzienna lektura zachęca do poznania głębi ukrytej w słowach treści. Dlatego drugim sposobem czytania Ewangelii jest rozmyślanie nad jednym zdaniem, jedna frazą, czasem nawet nad jednym słowem tekstu. To działanie można porównać do rozdrabniania ziarna na mąkę i zachowywania jej aby w razie potrzeby stała się pokarmem. Do takiej lektury potrzeba nie tylko wytrwałości, ale także głębszej wiedzy i intelektualnego zaangażowania. Do tego powinny nas prowadzić lekcje religii. To na nich powinniśmy zdobywać potrzebne do takiej lektury rozeznanie i sprawność w rozumieniu treści. Jak jednak traktujemy lekcje religii i co z nich wynosimy, to już każdy sam może sobie odpowiedzieć.

Inną formą czytania Ewangelii jest szukanie odpowiedzi na nurtujące nas pytania i wątpliwości. Jest to swego rodzaju osobisty dialog z Chrystusem, w który On odpowiada nam na nasze problemy słowami Pisma Świętego. Jest to modlitwa słowami Ewangelii, która pozwala nam inaczej patrzeć na otaczający nas świat i na nasze życie. Dzięki niej możemy popatrzeć na to wszystko niejako oczami samego Boga.

Warto przypomnieć tutaj doświadczenie świętego Pawła, który poznawszy prawdę Ewangelii z całym przekonaniem stwierdził, że wszystko, co było wcześniej dla niego wartością, teraz uznaje za śmieci. Najważniejsze stało się dla niego pozyskanie Jezusa. Takie są owoce osobistego spotkania ze słowami Ewangelii. Jezus staje się najważniejszą, największą wartością życia. Teraz już rozumiemy, że bez modlitwy słowami Ewangelii nie obudzi się w naszych sercach pragnienie spotkania Jezusa w Eucharystii.

Apostoł Piotr odpowiadając Panu Jezusowi: „Ty masz słowa życia wiecznego” wskazał na kolejny etap wtajemniczenia w Eucharystię. Jest to wtajemniczenie w prawdę o życiu wiecznym.

Jak wyobrażamy sobie wieczność? Według powszechnego przekonania wieczność jest po prostu długim życiem. Nic więcej po ludzku nie możemy powiedzieć. Nie mamy bowiem żadnych doświadczeń w tym względzie, a ludzka wiedza opiera się na doświadczeniu. Z pomocą przychodzi nam Pismo Święte. Ono objawia nam prawdę o powołaniu człowieka do życia wiecznego w niebie. Jeśli jednak przyjmiemy tę prawdę bez poddania się oczyszczającemu działaniu Słowa Bożego, czyli bez modlitwy Słowem Bożym, nasze wyobrażenie niewiele się zmieni. W rezultacie wiele osób uważa, że w niebie po prostu będziemy, kim jesteśmy, ale będziemy mieli lepsze warunki życia.

Tymczasem niebo to nie tyle nowe, komfortowe, doskonałe środowisko życia, co nowa jakość istnienia. Być w niebie to znaczy żyć tak, jak żyje Bóg. Żyć życiem Boga. Przyobiecane człowiekowi szczęście nie będzie więc wynikało ze zmiany otoczenia lecz z przemiany człowieka. Słowa Jezusa są wezwaniem do nawrócenia i w tym właśnie znaczeniu są one słowami życia wiecznego. Wzywają do przewartościowania całego życia w taki sposób, aby najważniejszą sprawą była możliwość zjednoczenia z Bogiem w niebie. Zjednoczenia, czyli całkowitego upodobnienia do Boga.

Zdajemy sobie sprawę jak opornie dokonuje się w nas proces przewartościowania życia i postawienia Pana Boga na pierwszym miejscu. Każda niedzielna Eucharystia jest sprawdzianem realizacji tego zadania. Jeśli jesteśmy obecni na Mszy świętej i jeśli jesteśmy gotowi przyjąć Chrystusa do swego serca w Komunii świętej, to znak, że stawiamy sprawę życia wiecznego jako dla nas najważniejszą. Opuszczenie Mszy świętej, bądź też obecność na niej bez gotowości przystąpienia do Komunii świętej wskazuje, że w naszym sercu ponad Pana Boga i dar życia wiecznego stawiamy samych siebie lub inne wartości obecnego życia.

Wreszcie słowa Piotra ukazują nam, kim dla nas jest Pan Jezus: „A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś świętym Boga”. Apostołowie widzieli czyny Pana Jezusa. Widzieli Jego postawę wobec grzeszników, wobec owładniętych złymi duchami, wobec chorych i słabych. Jezus mocą Boga uwalniał ich od zła i chorób. Apostołowie uwierzyli i poznali, że On ma możliwość dokonania tego, czego o własnych siłach człowiek uczynić nie może, a mianowicie wybawić z uzależnienia od siebie, od tego świata i od zła tak, aby życie wieczne i zjednoczenie z Bogiem stały się wartościami najważniejszymi. Jezus jest Świętym Boga, czyli Zbawicielem. Każdy, kto to uwierzył i poznał tę prawdę, będzie mógł wyznać: Jezus jest moim Zbawicielem.

I właśnie dla tych, którzy uwierzyli i poznali Jezusa jako swojego Zbawiciela, dla nich jest Msza święta. Tylko bowiem ci, którzy weszli w taki osobisty dialog z Chrystusem, którzy rozumieją czego On dokonuje dla nas i co przez to otrzymujemy, kim się stajemy, kim będziemy w życiu wiecznym. Tylko ci mogą prawdziwie z całkowitym zaangażowaniem uczestniczyć we Mszy świętej.

W sercu takich ludzi Msza święta nigdy nie przegra w konkurencji z własną wygodą, innymi zajęciami, wyjazdami, zakupami w supermarketach czy zawodami sportowymi. Nigdy też nie będzie oceniana według ludzkich upodobań, według mentalności medialnej. Osobiste spotkanie ze Zbawicielem będzie ważniejsze od samej oprawy, od różnych mniej czy bardziej bogatych form liturgii.

Potrzebna jest zatem wiara. Wiara nie teoretyczna, polegająca na ogólnym przeświadczeniu i wynikająca z utrwalonych tradycją zwyczajów, lecz z osobistego pragnienia zbawienia. Eucharystia jest żywym znakiem wiary i takiej też żywej wiary potrzebuje. Jeśli chcemy mieć pełny udział w uczcie Chrystusa powinniśmy zatroszczyć się o naszą osobistą wiarę.

Takie też jest nasze zadanie na pielgrzymce życia. Jej celem duchowym jest odnowa, ożywienie i umocnienie naszej wiary. Starajmy się dobrze wykorzystać tę okazję. Jesteśmy podobni do uczniów udających się do Eamus. Być może jak oni trochę jesteśmy zawiedzeni i rozgoryczeni naszym życiem i wiarą. Jeśli pozwolimy, aby Jezus Chrystus szedł z nami i do nas mówił, jeśli poświęcimy Mu uwagę i zaangażowanie woli, nasze serca znów będą pałały żywą Wiarą, Nadzieją i Miłością.

Możliwość komentowania jest wyłączona.