Ks. Robert Kwatek – Człowiek – cud Bożej Miłości

Obyście poznali miłość Chrystusa(…)

i zostali napełnieni całą pełnią Boga (Ef 3,19).

1. Opłacalność i wartość wiary

W rozmowach z młodymi ludźmi na temat wiary bardzo często pojawia się dylemat wyrażony pytaniem: „Czy opłaca się być człowiekiem wierzącym?”. Do tak postawionego pytania zazwyczaj dołączone są argumenty zaczerpnięte wprost z życia. Najczęściej dotyczą one spraw związanych z zachowaniem czystości przed ślubem z wiernością w małżeństwie i możliwością przeprowadzenia rozwodu w przypadku, gdy wspólne życie się nie układa.

Jak wiadomo wszystkie te sytuacje są obwarowane bardzo konkretnymi i można powiedzieć, że surowymi, jak na dzisiejsze czasy, zasadami. Kościół uczy wyraźnie, że ludzie wierzący są zobowiązani do zachowania czystości przed ślubem, czyli do wstrzemięźliwości seksualnej w narzeczeństwie. Jako fundamentalną zasadę życia małżeńskiego podaje jedność, wierność i nierozerwalność małżeństwa. Nieustannie podkreśla również, że małżeństwo sakramentalne nie dopuszcza możliwości rozwodu.

Dodajmy od razu, że nie wszyscy otwarcie wyrażają swoje wątpliwości w rozmowie z kapłanami. Niektórzy nic nie mówią, ale w życiu bardziej są skłonni ulegać zwyczajom współczesnego świata niż zasadom podawanym przez Kościół. Czy zatem opłaca się być człowiekiem wierzącym w dzisiejszym świecie?

Przed udzieleniem odpowiedzi na tak postawione pytanie warto zastanowić się nad nieco szerszym i głębszym problemem. W języku polskim są dwa pojęcia, które opisują korzyści, jakie może odnieść człowiek w swoim życiu: „opłaca się” i „warto”. Pierwsze z nich –„opłaca się” – już w samym swoim brzmieniu i treści wskazuje na charakter pozyskiwanych korzyści. Są to korzyści zewnętrzne, za które tak, czy inaczej, można „zapłacić”. Pojęcie to odnosi się więc do sfery posiadania i odpowiada innemu wyrażeniu, a mianowicie „mieć coś”. Drugie pojęcie – „warto”- odnosi się bardziej do sfery wartości osobowych – duchowych, moralnych i społecznych, a odpowiada wyrażeniu „być kimś”. W życiu zatem zawsze stajemy przed dylematem „Opłaca się” czy „warto?”, czyli inaczej mówiąc „Mieć, czy być?”; w sprawach miłości „Być kochanym?”, czy też raczej „Kochać?”.

Odnośnie zachowania postawy wiary Jezus Chrystus nie pozostawia wątpliwości. W Ewangelii według Świętego Mateusza czytamy: „Nikt nie może dwom panom służyć, gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował, albo jednemu będzie oddany, a drugiego zlekceważy. Nie możecie służyć Bogu i mamonie (Mt 6,24)”. To wyraźne stwierdzenie, że wiara wymaga rezygnacji ze zbytniego zabiegania o korzyści materialne. W efekcie, zachowując wiarę na pewno traci się wiele dóbr, korzyści i satysfakcji doczesnych. Inaczej mówiąc, otwarcie trzeba przyznać, że „nie opłaca się” być człowiekiem wierzącym.

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież w przeżywaniu wzajemnej bliskości w narzeczeństwie, czy w szukaniu satysfakcji zmysłowej przy innych okazjach poza małżeństwem, wcale nie chodzi o korzyści materialne. Nie chodzi przecież o to, aby sobie płacić za przeżyte doznanie zmysłowej satysfakcji. To wręcz mogło by się wydawać obraźliwe. W praktyce jednak okazuje się, że w przeżywanej zmysłowo bliskości chodzi właśnie o bardzo materialną, czyli cielesną korzyść. Właśnie próba pozbawienia zakochanych tej bardzo wyraźnej korzyści, poprzez wymaganie wzajemnej czystości, wzbudza protesty i niechęć do Kościoła. Gdyby nie wizja dotkliwie odczuwanej zmysłowo straty, nie byłoby takiego dylematu i związanego z nim protestu.

Skoro więc nie opłaca się być wierzącym, to dlaczego warto? Warto dlatego, że zachowanie wiary i praktykowanie jej zasad, uzdalnia człowieka do przyjęcia miłości tak wielkiej miary, jaką jest miłość Chrystusa, a konsekwencji do miłowania drugiego człowieka tak, jak miłował Chrystus

2. Poznać miłość Chrystusa.

Osobom skupionym na zmysłowym pojmowaniu miłości to wyjaśnienie nic nie mówi. Może nawet być denerwujące. Po cóż komuś świadomość, że będzie miłował, tak jak Jezus Chrystus, jeśli nie będzie miał z tego zwyczajnej satysfakcji? Powracamy tu do istotnego pytania: „Czym jest miłość?”. Jeśli zgodzimy się, że jest ona szukaniem autentycznego dobra dla ukochanej osoby, to sprawa własnej satysfakcji, a zwłaszcza satysfakcji zmysłowej schodzi na dalszy plan. W tym momencie należy od razu uspokoić budzące się wątpliwości. Nie ma mowy o tym, aby w małżeństwie całkowicie się wyrzekać radości z kontaktów zmysłowych. Pan Bóg doskonale wie, że ludzie są istotami cielesnymi i sam tak człowieka skonstruował, aby mógł on całym sobą – także cieleśnie – przeżywać spełnienie w miłości. Jednak nie temu zmysłowemu spełnieniu, a ostatecznemu dobru ukochanej osoby, powinno być podporządkowane pragnienie miłości.

Czy warto posiąść umiejętność miłowania na podobieństwo Chrystusa? A czy warto być człowiekiem godnym zaufania? Czy warto być człowiekiem wiernym i uczciwym, niezawodnym, słownym i szlachetnym? Czy warto mieć tę pewność, że się nie zawiedzie swoich najbliższych, nie skrzywdzi, nie wyprowadzi na manowce, nie doprowadzi do ostatecznej zguby? Jeśli ktoś cokolwiek pojmuje z tego, czym jest prawdziwa miłość, nie powinien mieć wątpliwości. Warto!

Rozważmy to analizując treść sakramentalnej przysięgi małżeńskiej. Dodajmy od razu, że dość powszechnym zjawiskiem w dzisiejszych czasach jest wyraźna niechęć do składania przysięgi, zwłaszcza przysięgi sakramentalnej, obowiązującej do końca życia. Ludzie nie czują się zdolni to tak wysokich wymagań. Zdają sobie sprawę ze swojej słabości, z braku wewnętrznej siły do zachowania przedstawionych w przysiędze zobowiązań. Tym samym odmawiają sobie, a właściwie tej drugiej osobie w związku, prawa do pełnego zaufania, do uczciwości, wierności i odpowiedzialności za wspólne życie i jego rezultat. To przedziwne, ale mimo tak wielkich niewiadomych, a czasami nawet poważnych wątpliwości co do wierności i uczciwości współpartnera, ludzie gotowi są oddawać swoje życie tak niepewnym osobom.

W sakramentalnej przysiędze małżeńskiej wymieniane są trzy istotne wartości, na których opiera się małżeństwo: miłość, wierność i uczciwość. O miłości małżeńskiej mówiliśmy już wiele w poprzedniej konferencji. Jest to miłość na wzór oblubieńczej miłości Chrystusa do Kościoła, która uwalnia ukochaną osobę od wszelkiego zła i wprowadza ją do życia wiecznego, czyniąc piękną, doskonałą i świętą. Jednak aby ta miłość mogła spełnić swoje zadanie, niezbędne są dwie pozostałe wartości wymienione w przysiędze: wierność i uczciwość.

Wierność w miłości nie odnosi się tylko do wzajemnej relacji dwojga kochających się osób. Dotyczy ona przede wszystkim wierności człowieka wobec Pana Boga. Jezus Chrystus dochował wierności w swej misji zbawienia wobec człowieka dlatego, że przede wszystkim pozostał absolutnie i do końca wierny swojemu Ojcu w niebie. Dlatego nie zawiódł ludzi, którzy Mu zaufali. Obiecał im szczęście życia wiecznego i spełnił swoją obietnicę. W Ewangelii według Świętego Jana czytamy: „Wszyscy, których powierza Mi Ojciec, przyjdą do Mnie i nikogo z nich nie odrzucę, gdyż nie zstąpiłem z nieba, aby spełnić swoją wolę, lecz wolę Tego, który Mnie posłał. Wolą zaś Tego, który Mnie posłał, jest to, abym z powierzonych Mi ludzi nie tylko nikogo nie stracił. Lecz wzbudził ich do życia w dniu ostatecznym. Taka jest Bowiem wola mego Ojca, aby każdy, kto widzi Syna i wierzy w Niego, miał życie wieczne oraz abym go wskrzesił w dniu ostatecznym” (J 6,37-40).

Zanim ktoś wyrazi zgodę na związek z drugą osobą powinien zapytać: „Dokąd doprowadzi mnie ta miłość?”; „Jaki będzie ostateczny finał naszej wspólnej drogi?”. Istnieje bowiem także przewrotna wierność – wierność wobec zła. Ludzie ogarnięci egoizmem, nałogami i zmysłowością, na prawdę są wierni swoim wadom. Ich rozumienie miłości ma bardzo niewiele wspólnego z drogą wiodącą do zbawienia. Można się bowiem umówić, że w małżeństwie nie będzie wzajemnego wypominania grzechów i próby walki z nimi. Można po swojemu być wiernym takiemu przyrzeczeniu. Czy jednak jest to właściwy cel miłości i wspólnego życia?

Ślubowanie wierności w sakramencie małżeństwa nie dotyczy zatem tylko obietnicy powstrzymania się do zdrady w sensie cudzołóstwa. Dotyczy czegoś o wiele bardziej ważnego. Słowa: „Ślubuję ci wierność”, oznaczają zobowiązanie do dawania świadectwa wiary, do zachowania czystości serca, do życia w łasce uświęcającej tak, aby ktoś, kto w zaufaniu powierzył współmałżonkowi całe swoje życie, mógł w rezultacie wspólnie przebytej drogi dojść do nieba. Dlatego wzajemna wierność małżonków musi być zakorzeniona w osobistej wierności każdego z nich wobec Pana Boga. Powtórzmy raz jeszcze, że dużym ryzykiem wydaje się przyjmowanie przysięgi wierności od kogoś, kogo życie duchowe i praktyka wiary pozostawia wiele do życzenia.

Złamaniem tak rozumianej wierności jest zatem nie tylko cudzołóstwo, czy też emocjonalne związanie się z inną osobą spoza małżeństwa. Niewiernością jest także zaniedbanie swojego życia duchowego i praktyki wiary. Niedotrzymaniem przysięgi wierności, w pełnym jej rozumieniu, jest zatem na przykład lekceważenie systematycznej spowiedzi i pełnego udziału w niedzielnej Mszy świętej. Zaniedbując stan łaski uświęcającej w swoim sercu człowiek staje się przeciwieństwem świadka wiary. Swoim przykładem życia nie prowadzi już do Pana Boga, a hodowanymi w duszy wadami i tolerowanymi grzechami zagraża czystości serca i jedności z Bogiem wszystkim swoim bliskim. Grzech bowiem jest jak choroba zakaźna, bardzo łatwo przenosi się na innych i wprowadza ich w stan oziębłości, a nawet nieprzyjaźni wobec Pana Boga. Czy warto więc ufać i związywać się przysięgą z kimś, kto może doprowadzić człowieka do potępienia? Wspólne życie może być wierne we wzajemnych przyjemnościach i bogate w dobra materialne, ale czy będzie ostatecznie szczęśliwe? Czy zakończy się nagrodą życia wiecznego w niebie?

Prowadzenie ukochanej osoby do zbawienia wiecznego wymaga jeszcze jednej cechy, a mianowicie uczciwości. Jest to warunek wzajemnego zaufania, bez którego niemożliwa jest ani prawdziwa miłość, ani wzajemna wierność. Czym zatem jest uczciwość? Na czym polega i jakie ma zastosowanie w małżeństwie?

Bez wchodzenia w szczegółową analizę etyczną można ogólnie powiedzieć, że uczciwość polega na jawności życia. Jawności historii życia dotychczasowego, jawności zachowań i ich intencji w chwili obecnej oraz jawności zamiarów, podejmowanych działań i planów na przyszłość.

Wzorem tak rozumianej uczciwości jest oczywiście Jezus Chrystus. Historię Jego życia i pochodzenia podano wraz z rodowodem sięgającym Abrahama, albo też Adama i Ewy (por. Mt 1,1-17; Łk 3, 23-38). Dla swego pokolenia był osobą znaną do tego stopnia, że nie dowierzano Jego słowom i czynom jako Syna Bożego. W Ewangelii według Świętego Marka czytamy: « „Czy nie jest On cieślą, synem Maryi, a bratem Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? A Jego siostry, czy nie mieszkają tutaj wśród nas?” I powątpiewali w Niego». A zatem ludzie współcześni Jezusowi wiedzieli o Nim, jako o człowieku, wszystko.

Jezus był także uczciwy wobec swoich uczniów. Nie oszukiwał ich, co do stawianych przez Niego wymagań duchowych i moralnych, a także co do trudności jakie uczniowie napotkają z powodu przynależności do Niego. Zapowiedział nawet, że z Jego powodu będą prześladowani i poniosą śmierć (por. Mat 5-7; Mt 10, 16-23). Nie ukrywał też przed nimi swojego losu, zapowiedział im swoją śmierć i zmartwychwstanie (por. Mt 20,17-19). Wszystkim swoim naśladowcom obiecał życie wieczne w niebie.

Na tym właśnie polega uczciwość. Na jawnym przedstawieniu spraw istotnych dla wspólnego życia. Osoby zawierzające komuś swoje życie mają prawo wiedzieć z kim tak na prawdę mają do czynienia i czego mogą się po nim spodziewać. Oczywiście takie zaufanie zawsze utrudnia lub wręcz uniemożliwia grzech.

To z powodu grzechów popełnionych w historii swojego życia, lub tez z powodu doznanych krzywd, ludzie nie chcą o sobie opowiadać i wolą nie poruszać pewnych tematów. To z powodu aktualnych słabości i wad trudno wzajemnie sobie zaufać. To z powodu niejasności intencji podejmowanych działań i planów na przyszłość trudno przewidzieć jak długo ludzie zamierzają być razem.

Taka słabość ludzkiej natury wymaga właśnie pomocy ze strony Jezusa. Jego uczciwość jest siłą do zachowania uczciwości względem bliźnich, a także do uczciwego przyjęcia odpowiedzialności za ich życie wraz z ujawniającymi się w nich słabościami.

Uczciwość sprawia, że słaby człowiek może bez lęku otworzyć się właśnie przed kimś godnym zaufania. Może opowiedzieć mu swój ból, swoje cierpienie, wyznać swój grzech bez obawy o odrzucenie, ośmieszenie lub nieuczciwe wykorzystanie tej słabości przeciw sobie. Uczciwość jest gwarancją bezpieczeństwa i pewnością pokoju ducha w małżeństwie.

Jest to także warunek wzajemnego wspierania się na drodze do pełnego uświęcenia. Możliwość uczciwego wyznania swoich słabości i grzechów, bez lęku o odrzucenie i wycofanie zaangażowania w miłość oraz pewność, że współmałżonek będzie wsparciem i pomocą w podejmowanej walce z grzechem, dodaje odwagi do pracy nad osobistym nawróceniem i uświęceniem.

Odpowiedzmy zatem raz jeszcze na pytanie postawione na początku konferencji: Czy warto być człowiekiem wierzącym?. Czy warto upodobnić się w miłości do Jezusa Chrystusa? Czy warto składać przysięgę zawierając sakrament małżeństwa? Odpowiedź zależy od osobistej hierarchii wartości i od indywidualnego rozumienia miłości. Dla tych, którzy chcą autentycznego dobra tych, których kochają, odpowiedź narzuca się sama z całą oczywistością: Warto!.

2. Obyście zostali napełnieni całą pełnią Boga.

Trudno nam orzekać, czym ostatecznie jest „cała pełnia Boga”. To odkryjemy dopiero w wieczności, jeśli wejdziemy do królestwa Bożego. W Pierwszym Liście Świętego Jana czytamy: „Umiłowani, teraz jesteśmy dziećmi Bożymi, a jeszcze się nie okazało, czym będziemy. Wiemy, że gdy się to okaże, będziemy do Niego podobni, gdyż ujrzymy Go takim, jakim jest (1J 3,2). Tak zatem, ostateczna pełnia naszego życia to sprawa wieczności. Jednak już teraz możemy powiedzieć, że właściwością Pana Boga jest pełnia życia. Bóg jest pełnią życia, którą w miłości dzieli się, powołując do istnienia wszystkie stworzenia świata.

Mówiliśmy już wcześniej, że wzajemna miłość małżonków czyni ich podobnymi do Pana Boga. Otóż przyjęcie „pełni Boga” polega na osiągnięciu doskonałości życia według zamiaru Stwórcy. Pełnia doskonałości życia ma dwa wymiary. Wymiar osobisty – wewnętrzny – polega na odkryciu swej tożsamości i życiu doskonale zgodnym z zawartą w niej prawdą. Wymiar wspólnotowy – zewnętrzny – polega na powołaniu do istnienia nowego życia, czyli na ojcostwie i macierzyństwie.

Pełnia życia w wymiarze osobistym, to po prostu prawdziwe człowieczeństwo, czyli osiągnięcie pełnej dojrzałej męskości czy też kobiecości. Jak mówiliśmy w jednej z pierwszych konferencji, Bóg ukrył w mężczyźnie i w kobiecie tajemnicę swej pełnej i doskonałej miłości. Niejako podzielił ją pomiędzy dwoje, aby w spotkaniu, gdy staną się jednością mogli doświadczać pełni miłości, a przez nią z Nim się zjednoczyć. Otóż jeśli ktoś, nie otwiera się przez wiarę na Pana Boga, nie może również odnaleźć pełni swego człowieczeństwa. Nie może spełnić właściwie swego powołania jako mężczyzna czy kobieta. Stąd właśnie tyle dramatów w życiu współczesnych ludzi, którzy uczą się człowieczeństwa, a także męskości i kobiecości nie od Pana Boga lecz od świata.

Świat, w swym sposobie myślenia o człowieku, polega na ludzkiej naturze. Przyjmuje to, co naturalne, rozwija i wykorzystuje na wszelki możliwy sposób. W całym tym działaniu kieruje się przeświadczeniem, że to, co naturalne, samo w sobie jest dobre. Rezygnując z nauki Objawienia Bożego na temat człowieka, świat nie przyjmuje do wiadomości sytuacji grzechu pierworodnego pierwszych ludzi, w wyniku którego ludzka natura została poważnie skażona złem. Od tego momentu to, co naturalne, nie jest równoważne z tym, co naprawdę dobre.

Dlatego naturalnie rozwijająca się męskość i kobiecość nie jest sama w sobie doskonała, czysta i wolna od zła. Na przykład, naturalną skłonnością człowieka po grzechu pierworodnym jest egoizm, który w odniesieniu mężczyzny do kobiety i kobiety do mężczyzny przejawia się pożądliwością. Stąd też, tak zwany „naturalny rozwój” prowadzi do rozumienia męskości i kobiecości jako przeżywania potrzeby zaspokojenia seksualnego, a druga osobę sprowadza do roli przedmiotu pożądania.

Rozwój męskości i kobiecości oparty na praktyce wiary, jest przede wszystkim zaproszeniem Pana Boga, jako Ojca i dawcy życia, do kształtowania własnej tożsamości płciowej w taki sposób, jak On je zaplanował. Jest to poszukiwanie możliwości przeżywania swej tożsamości jako mężczyzna, czy kobieta, w taki sposób, jaki od początku zaplanował Stwórca. Dopiero taka i tak przeżywana tożsamość umożliwia spełnienie w miłości mężczyzny i kobiety. Mówiąc kolokwialnie, wtedy „prawdziwy mężczyzna” spotyka „prawdziwą kobietę” i oboje mogą w miłości obdarzyć się pięknem i pełnią swojej płci i swego człowieczeństwa.

Pełnia doskonałości życia w wymiarze zewnętrznym to zdolność tworzenia wspólnoty. Nie tylko przez więź miłości między małżonkami, ale poprzez dar przekazywania życia i tworzenie rodziny. Dlatego właściwym rozwojem mężczyzny w małżeństwie jest dojrzewanie do ojcostwa, a właściwym rozwojem kobiety, jako żony, jest dojrzewanie do macierzyństwa. Negowanie możliwości posiadania potomstwa i wykluczanie poczęcia nowego życia w małżeństwie jest zaprzeczeniem pełnego i dojrzałego przeżywania męskości i kobiecości.

Można śmiało powiedzieć, że w świecie panuje obecnie moda na niedojrzałość do ojcostwa i macierzyństwa. Dorośli mężczyźni chcą nieustannie być dużymi chłopcami i w swoim stylu zachowania oraz w odnoszeniu się do kobiet prezentują pewną młodzieńczą swobodę połączoną z brakiem odpowiedzialności za swoje czyny. Podobnie dorosłe kobiety, chcą nieustannie być dziewczętami nie tylko zachowując młodzieńczy wygląd, ale próbując uwolnić się od dorosłych zobowiązań i odpowiedzialności.

Efektem takich zachowań jest unikanie, lub odkładanie na dalszą przyszłość poczęcia, zrodzenia i wychowania dzieci w małżeństwie. Takie nastawienie, przy jednoczesnym prowadzeniu współżycia małżeńskiego powoduje, że w przypadku poczęcia małżonkowie są tym faktem zaskoczeni, a poczęte dziecko traktują jako niechcianego w swoim życiu intruza. Konsekwencje dla dziecka, ale także dla takich „rodziców mimo woli” są bardzo kłopotliwe, trudne i często nieszczęśliwe. Tragiczna jest bowiem sytuacja, gdy ktoś fizycznie powołuje do istnienia nowe życie, a jednocześnie swoim sercem zaprzecza że jest jego ojcem. Tragiczną jest sytuacja, gdy kobieta biologicznie staje się matką, lecz wbrew logice swego stanu traktuje dziecko w swym łonie jak pasożyta. Nie można żyć będąc przeciw życiu. Kto odrzuca życie przez siebie przekazane, niszczy także w jakiś sposób swoje własne życie.

Lepiej zatem dla chłopców i dziewcząt, dla mężczyzn i kobiet, jeśli zechcą przyjąć w swoje życie „miłość Chrystusa” oraz „pełnię Boga”, niż polegać na tym „co się opłaca” i na tak zwanym „naturalnym rozwoju”.

Droga wiary w życiu mężczyzny i kobiety to droga przez życie w zaufaniu wobec Stwórcy. Czy potrafimy dziś zaufać Panu Bogu, oddać Mu samych siebie na czas dojrzewania i dorosłego już życia. Odczuwany zazwyczaj opór wobec całkowitego zaufania wymaga rozmowy, dialogu, czyli codziennej modlitwy. Każdego dnia bowiem wyruszamy na spotkania naszego życia. Aby iść ku dobru, aby iść bez niepotrzebnego lęku i aby nie zawieść samego siebie i bliźnich, potrzebna jest modlitwa. Spróbujmy zatem powiedzieć Panu Bogu:

Życie jest przede mną, Panie,

jak owoc, który mnie przyciąga.

Ale życie często budzi we mnie lęk,

bo żeby zbierać jego owoce,

trzeba wychodzić z siebie, wychodzić z domu

i wyruszać w drogę, i iść, iść wciąż dalej.

Wyruszyć w drogę, to mój Panie, porywająca przygoda.

Mam wielką ochotę żyć, ale często się boję…

Boję się tego tajemniczego świata,

który mnie wciąga i straszy,

bo słyszę wybuchy śmiechu i widzę kuszące mnie uroki…

Ale słyszę także krzyki ludzkich boleści i nie mogę ich uciszyć.

Boję się tej miłości, której pragnę

o świcie moich poranków i w środku moich nocy,

a pragnę jej całym sobą…

Pragnę i boję się, Panie,

Bo tyle miłości zmarniało na moich oczach.

Tak, boję się, Panie, i ośmielam się powiedzieć Ci to.

Jeśli zamykam oczy, to nie dlatego,

że nie chcę widzieć drogi przed sobą,

ale żeby Ciebie znaleźć, do Ciebie się modlić,

bo ja tak bardzo pragnę żyć, mój Panie,

i w Tobie jest cała moja nadzieja.

Mój Boże, spraw, abym nigdy nie zapomniał

dziękować Ci za życie, które jest Twoim darem.

Ojcze, Dawco życia, wszelkiego życia.

Jestem Twoim dzieckiem zrodzonym do radości.

Daj, niech będę dumny, że jestem człowiekiem,

człowiekiem świadomym swej godności i tożsamości,

człowiekiem wyprostowanym, którego Ty pragniesz,

człowiekiem, który od Ciebie bierze swoje wielkie powołanie

do bycia sobą, do wzrostu,

abym mógł być bogaty wolnością,

wyruszyć w tę drogę przede mną – ku Tobie.

Daj mi przyjmować Zycie całym sercem,

pełnymi rękami, bo moi rodzice

dali mi je w miłości, nawet jeśli ta miłość

była słaba i ułomna.

dali mi życie razem z tą miłością

i jestem za nią i za jej owoc odpowiedzialny przed Tobą.

Pomóż mi nie zmarnować życia,

ani życia ciała, ani życia duszy,

ani nigdy nikomu nie zrabować życia,

ale je przyjąć, kiedy mi jest darowane.

Nie zamykać go w sercu na własność,

ale ofiarować je moim braciom i siostrom

kiedy go potrzebują.

Pozwól mi rozwinąć moje życie przy tobie, Panie.

Spraw, aby dojrzało w promieniach Twojej miłości

i abym mógł je ofiarować w twojej miłości komuś jedynemu

kto je przyjmie jako dar od Ciebie, uszanuje, umiłuje i dopełni sobą.

Pozwól, aby moje życie zaowocowało życiem,

darem od Ciebie przekazanym w miłości

tym, którzy przyjdą na świat z nas i po nas.

Daj mi wielkie pragnienie szukania Ciebie zawsze,

poznania i umiłowania, bym stał się Twoim przyjacielem,

którego Ty pragniesz.

Amen.

Możliwość komentowania jest wyłączona.