Ks. Robert Kwatek – Człowiek – cud Bożej Miłości

Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela (Mt 19,6).

1. Miłość „na zawsze” i niezależność.

Anka miała 16 lat i chyba kolejny raz w swoim już dość długim przecież życiu była poważnie zakochana. Zakochanie – sama słodycz! „motyle w brzuchu”, wesołe igraszki, przy których mocniej bije serce. Czas spędzany razem z ukochanym – zasadniczo na niczym konkretnym – byle tylko można było nasycić zgłodniałe zmysły i głód emocji szukających rozkoszy. Nic dziwnego, że tak chce się być dorosłą. W tym radosnym uniesieniu tylko jedno pytanie pozostawało bez odpowiedzi. No, może nie jedyne, ale jedno z tych ważniejszych: „Czy tym razem jest to prawdziwa miłość, taka na zawsze?”.

Ukochany, czyli Grześ, nie miał takich dylematów. Problem miłości „na zawsze” na razie nie wchodził w sferę jego zainteresowań. Wieloletnie doświadczenie – miał przecież już 18 lat i oficjalnie urzędowo był człowiekiem dorosłym – uczyło go, że w miłości nie ma stanu, który można by określić słowami „na zawsze”. Miłość tak głęboka, jaką on przeżywał już niejednokrotnie, to przecież ciekawość kobiecości, a raczej jej zaspokajanie na różne sposoby. Zaspokojona ciekawość kończy sprawę. Dziewczyna „bez tajemnic” nie wzbudza już takich emocji, staje się nudna i uciążliwa z tym swoim nieustannym domaganiem się zainteresowania i zaangażowania. Przecież niezależność to cecha prawdziwego mężczyzny. Tak to przynajmniej czuł i wiedział.

Pytanie Anki – to, o miłość „na zawsze” – dość szybko znalazło odpowiedź. Grześ przy ostatnim spotkaniu był jakiś taki niezainteresowany jej osobą, jakby nieobecny. Zaczął coś mówić o tym, że prawdziwa miłość polega na wolności, jaką daje się drugiej osobie, że miłość nie może zniewalać, nie może ujarzmiać i zobowiązywać. Nie zaprzeczał miłości do Anki, tylko tak jakoś intelektualnie ją ochładzał i spowalniał w swoich reakcjach na jej bliskość. Na następne spotkanie po prostu nie przyszedł. Przepłakała jedną noc, a rano przemywając w łazience opuchnięte od płaczu oczy, patrząc w lustro obiecała sobie, że nigdy już nie pozwoli się tak zranić. Nie będzie idiotką! Nie będzie niespodziewanie porzuconą ofiarą. Następnym razem sama załatwi sprawę szybko i na swoich warunkach. To ona skończy znajomość, gdy tylko trochę się nią nacieszy. Odkryła, że takie odejście może być jeszcze jedną satysfakcją w „menu miłości”. Satysfakcją niosąca posmak słodkiej zemsty za wszystkie poprzednie urazy.

To wszystko wydarzyło się piętnaście lat temu. Wspomnienia tamtych spotkań, rozmów i emocji powróciły jak żywe, gdy Anka i Grześ odnaleźli się na „naszej klasie” w Internecie. Kilka razy do siebie napisali. Najtrudniej było odpowiedzieć na stereotypowe pytanie: „Co tam u ciebie słychać?”, „Jak żyjesz?”. Jak tu zaprezentować dorobek piętnastu lat? Sukces, czy porażka? Oczywiście sukces! Tak przynajmniej powinno to być odczytane przez tą druga stronę. Anka napisała więc o studiach i swojej dość szybkiej karierze zawodowej. Jest teraz niezależną „kobietą sukcesu”. W sprawach miłości ze znajomości z Grześkiem pozostała jej, jako życiowa dewiza, zasada „porzuć pierwsza zanim zostaniesz porzucona”. Co prawda w młodości jeszcze kilka razy próbowała „miłości na zawsze”, ale kolejne porażki upewniły ją, że nie warto przyjmować takich zobowiązań. Ostatnio odczuwa potrzebę macierzyństwa. Jak się dowiedziała z Internetu, który całkowicie zaspokaja jej potrzebę wszelakiej wiedzy o życiu, podobno kobiety „w pewnym wieku” mają takie pragnienia. Trochę ją zmartwiło, że jest już w tak zwanym „pewnym wieku”. Ten sam Internet uspokoił ją jednak, że odczuwaną potrzebę może zaspokoić w inny sposób, niekoniecznie przez małżeństwo. Może więc pozostać niezależną.

Grześ, dzisiaj już pan Grzegorz, również pozostał wierny swoim zasadom niezależności, tyle tylko, że raczej z powodu życiowego pecha. Owszem, ożenił się i nawet został ojcem. Cóż, kiedy pewna przygoda miłosna podczas wyjazdu w delegację, o której złośliwe koleżanki z pracy doniosły żonie, doprowadziła do rozwodu. Musiał się tłumaczyć z kilku poprzednich przygód, o których rodzina nie miała pojęcia. Żona nie bardzo mogła zrozumieć, że te przygody nie przeszkadzają jego miłości do rodziny, a on nie bardzo mógł zrozumieć, że żona tego nie rozumie. Rozwód był jednym wyjściem. Tak przynajmniej uważała żona. Dziś, jako szanowany w firmie inżynier, jest osobą niezależną. Pensja wystarcza mu na alimenty i doraźne przyjemności, gdy dopadnie go samotność.

Oboje napisali więc w mailach do siebie, że „jest w porządku”, że są szczęśliwi. Tylko dlaczego swoje szczęście musieli uzasadniać wieloma dość wyszukanymi słowami, wśród których zabrakło słowa „miłość”?

2. Niezależność, czy wolność?

Jednym z pojęć, jakie próbuje się lansować we współczesnym świecie jest pojęcie niezależności. W potocznym rozumieniu jest to synonim pojęcia wolności, a więc jednego z najważniejszych dążeń człowieka. Być wolnym, to znaczy być niezależnym! Takim hasłem próbuje się kreować postawy i zachowania współczesnych ludzi sugerując, że postępując w ten sposób osiągną upragnione szczęście. Niezależność jest więc chętnie manifestowana w zachowaniu, w sposobie ubierania się, w obrazach filmowych i tekstach popularnych piosenek, po prostu w tak zwanym „stylu bycia” nowoczesnego człowieka.

Oczywiście postulowana dzisiaj niezależność nie jest zachowaniem przypadkowym. Ma swoje wyraźne ukierunkowanie. Przede wszystkim skierowana jest przeciwko tak zwanym tradycyjnym wartościom życia, wśród których na pierwszym miejscu natychmiast wymienia się Kościół, rodzinę i małżeństwo. Zwróćmy uwagę, że nie mówi się tu o wierze. Wierzyć może każdy, jak chce, bo to doświadczenie uważa się za przejaw wewnętrznych, a więc niezależnych, przeżyć duchowych. Co innego Kościół. On według współczesnej mentalności ogranicza wolność człowieka, bo czyni go zależnym od ustalonych norm. Na przykład od tradycji, zwyczajów religijnych, Dekalogu, czy Pięciu przykazań Kościelnych.

Podobnie jest z rodziną i małżeństwem. Zauważmy, że w kreowanych dzisiaj wzorcach zachowań nikt nie zabrania człowiekowi kochać. Wręcz przeciwnie! Kochanie jest czynnością wręcz obowiązkową. Człowiek sukcesu to człowiek korzystający z życia, a więc także z tej sfery, którą opisuje nadużywane powszechnie słowo „miłość”. Sugeruje się tylko, że dzisiaj miłość jest nie do pogodzenia z jakąkolwiek zależnością od drugiego człowieka. Szczególnie z zależnością ujętą w zasady życia małżeńskiego czy rodzinnego według nauki Kościoła.

Efektem takich poglądów jest próba kreowania wizerunku nowoczesnego człowieka jako osoby swobodnie nawiązującej kontakty emocjonalne i w konsekwencji także zmysłowe, szukającej nieustannej satysfakcji i przyjemności w różnych tak zwanych „przygodach miłosnych”, pojmującej szczęście jako obfity zbiór takich doznań, które nie zobowiązują do żadnej odpowiedzialności. Miłość to sprawa na dziś, bez pytania o jutro. Tak jest łatwiej i o wiele przyjemniej. Czy jednak „łatwiej” i „przyjemniej” rzeczywiście oznacza „lepiej”?

Okazuje się, że miłość bez zobowiązań w praktyce nie istnieje. Odrzucenie zobowiązań prowadzi do odrzucenia miłości, bo ona ze swej natury jest zaproszeniem drugiej osoby do uczestniczenia w życiu osobistym i powoduje powstawanie więzi międzyludzkich. Odrzucenie zobowiązań jest odrzuceniem wzajemnych uczuć i próbą zaspokajania się doraźnymi emocjami. Owocem takiej drogi postępowania w relacjach międzyludzkich jest samotność, czyli życiowa porażka. Nie chodzi tu o „bycie samemu” – w pojedynkę – co na pewnym etapie rozwoju, czy też w realizacji powołania zakonnego bądź kapłańskiego, jest sprawą wolnego wyboru. Chodzi o samotność jako stan zniewolenia życiową nieumiejętnością przeżywania jedynej wiernej miłości. Samotność jest życiem przeciwko sobie. Życiem przeciwko zapisanemu w akcie stworzenia człowieka powołaniu do bycia jednością z drugą osobą.

Jak zatem miłość ma się do wolności, a wolność do niezależności?

Wyjaśnienie tych pojęć zacznijmy od pojęcia wolności. Jak uczą filozofowie, wolność to faktyczna i permanentna zdolność wyboru dobra autentycznego. To krótka definicja, którą językiem opisowym możemy wyrazić w następujący sposób: „wolność to trwająca nieustannie możliwość podejmowania i realizowania decyzji, w wyniku których człowiek staje się coraz bardziej doskonałym”.

Cóż wobec tego oznacza stwierdzenie, że miłość domaga się wolności? Oznacza, że aby była możliwa miłość pomiędzy osobami, potrzebna jest z jednej i z drugiej strony trwająca nieustannie możliwość podejmowania i realizowania decyzji, które w efekcie uczynią dwoje osób lepszymi, bardziej doskonałymi. Dlatego przelotna znajomość zwieńczona satysfakcją zmysłową, do której doszło nawet za obopólną zgodą, nie jest miłością. Po pierwsze dlatego, że trwa właśnie tylko krótszą lub dłuższą chwilę, a po drugie, że dopuszczając się nieczystości, czy też cudzołóstwa, amatorzy satysfakcji seksualnej nie stają się lepszymi ludźmi, chociażby dlatego, że swoim czynem przekreślają zasadę wierności wobec samych siebie i wobec Pana Boga.

Prawdziwa miłość rzeczywiście domaga się wolności, także w tym znaczeniu, że powinna czynić człowieka lepszym, bardziej doskonałym. I tu warto rozważyć trzy charakterystyczne etapy, jakie pojawiają się na drodze rozwoju do pełnej, dojrzałej miłości.

Pierwszym z nich jest zakochanie. Na tym etapie sympatyzujące ze sobą osoby koncentrują się przede wszystkim na własnej satysfakcji. Szukają ze sobą kontaktu i domagają się satysfakcji, chociaż nie zawsze się do tego otwarcie przyznają. Świadectwem tego są stwierdzenia w rodzaju „kocham się w tobie”, czy też „tak mi jest z tobą dobrze”. „Kocham się”, „jest mi dobrze” – to właśnie typowe oznaki myślenia o sobie w spotkaniu z druga osobą. Charakterystyczne dla zakochania jest także ustanie wzajemnych relacji w chwili, gdy doznanie satysfakcji emocjonalnej zanika. Nikogo nie obrażając, bo etap ten jest powszechny i nawet konieczny do rozwoju miłości, trzeba powiedzieć, że zakochanie to po prostu egoizm przyozdobiony pięknymi emocjami. Należy go traktować raczej jako sygnał wejścia w okres dojrzewania, niż jako rzeczywistą zdolność życia w miłości. Na nią trzeba jeszcze trochę poczekać.

Poszanowanie samego siebie i drugiej osoby w etapie zwanym „zakochaniem” owocuje prawdziwą więzią, poczuciem wzajemnego zobowiązania, czyli pierwszymi przejawami odpowiedzialności. Na tym etapie doświadczenie miłości wyraża się troską o dobro tej drugiej osoby. To etap, w którym własne zaangażowanie można uzasadnić słowami: „chcę aby tobie było dobrze”. Niewątpliwie słysząc takie wyznanie, taką deklarację, można doznać wzruszenia i pobudzić swoje serce do zaufania. Czyż nie kocha prawdziwie ktoś, kto chce dla nas dobrze? Owszem, kocha, ale jeszcze nie w pełni dojrzale. To nie jest jeszcze miłość prawdziwie wolna od egoizmu i owocująca prawdziwym szczęściem.

Wyobraźmy sobie bowiem sytuację, w której obie strony umawiają się, co do zaspokajania swoich potrzeb, a mają wielkie potrzeby zmysłowe i jednocześnie nie mają żadnych potrzeb duchowych, a szczególnie religijnych. W efekcie tak zwanej wzajemnej „miłości” czynią wszystko, aby im było dobrze, ale amputowana w ich życiu sfera duchowa i religijna nie stawia pytań o wierność, o uczciwość, o relację do Pana Boga. W efekcie zaspokojeni zmysłowo i emocjonalnie partnerzy wcale nie stają się lepszymi ludźmi, nie są bliżej Pana Boga. Ich miłość nie rozwija ich i nie przygotowuje do wieczności. Tak naprawdę więc robią sobie wzajemnie wielką krzywdę moralną i duchową, której nie odczuwają, bo ich sumienia zostały zagłuszone wzajemnym zaangażowaniem i doraźną satysfakcją.

I wreszcie miłość, której rzeczywiście można zaufać, to miłość, która ma na względzie wspomniane wcześniej „autentyczne dobro” drugiej osoby. W tym etapie rozwoju nie zwraca się zbytniej uwagi na własne potrzeby, a potrzeby drugiej osoby zaspokaja się o tyle o ile nie koliduje to z jej dobrem. Nie z dobrym samopoczuciem, lecz dobrem autentycznym. Niestety dobro autentyczne można rozeznać tylko mając pogłębione życie duchowe i religijne. Ostatecznie bowiem polega ono na osiągnięciu zbawienia i życia wiecznego. Mówiąc przykładowo, prawdziwa miłość nigdy nie wprowadzi drugiej osoby w sytuację grzechu, nawet na jej życzenie czy wyrażoną namiętnie prośbę. Swego rodzaju asceza w takiej sytuacji chroni godność i stan czystości serca ukochanej osoby. Miłość, która ma na względzie dobro autentyczne, gotowa jest do służby całym życiem, służby posuniętej nawet do ofiary. Prawdziwa miłość, nawet zaniedbana, zdradzona, czy porzucona nie wycofa swego zaangażowania, skoro jej celem jest ostateczne dobro ukochanej osoby, czyli zbawienie. Tak nieodwzajemniona miłość cierpi, ale nie przestaje kochać, czyli troszczyć się o dobro ukochanej osoby. Oczywiście to heroizm i są do niego zdolni tylko ci, którzy miłość rozumieją tak, jak uczył jej Jezus Chrystus.

Odpowiedzmy zatem, czy dojrzała miłość jest do pogodzenia z lansowaną dzisiaj w świecie niezależnością? Niezależność domaga się braku zobowiązań wobec bliźnich. Jest odmową odpowiedzialności za dobro drugiej osoby. Dobro doczesne, wymagające choćby minimalnego poświęcenia czasu, sił i własnej wygody, i dobro wieczne wymagające poświęcenia całkowitego. Niestety, osoby które próbują w miłości zachować niezależność, nie są w stanie wytrwać w zaistniałym w wyniku doznań emocjonalnych związku. Ostatecznie prowadzi to do zranienia, a nawet wielkiej krzywdy moralnej. Miłość domaga się wolności, ale nie jest do pogodzenia z niezależnością. Ta ostatnia jest tylko falsyfikatem wolności i jako taka wyklucza prawdziwą miłość.

3. Co Bóg złączył…

Z przykrością trzeba przyznać, że także w kręgach Kościoła zauważa się coraz bardziej świeckie pojmowanie małżeństwa. W przygotowaniu do małżeństwa i duszpasterskiej trosce o małżonków bardziej zwraca się uwagę na dobro doczesne niż wieczne. Zgodnie z treścią przysięgi podkreśla się zobowiązanie do wierności, uczciwości i miłości małżeńskiej, ale rozumienie tych wartości ogranicza się do spraw doczesnych. W rezultacie powstaje dylemat, po co sakrament?

Wielu ludzi o wysokiej kulturze, żyjących godnie, przyzwoicie, uczciwie i wiernie w małżeństwie cywilnym nie dostrzega potrzeby zawierania ślubu kościelnego. Spełniają wszystkie warunki udanego pożycia małżeńskiego, czasami nawet o wiele lepiej niż niejedno małżeństwo kościelne. Żyją w małżeństwie razem przez wiele lat. Wychowują dzieci na porządnych i kulturalnych ludzi. Osiągnęli pewien przyzwoity status materialny. Wraz z dziećmi tworzą zgodną i szczęśliwą rodzinę. Czego mogą oczekiwać od Kościoła? Czego Kościół może domagać się od nich?

Rzeczywiście, jeśli ograniczy się dobro małżeństwa i rodziny tylko do życia doczesnego, sakrament nie wydaje się konieczny. Naprawdę możliwe jest przyzwoite życie w małżeństwie bez sakramentalnej przysięgi. Jest ono o wiele trudniejsze, ale możliwe. Jednak najdoskonalsze nawet pożycie małżeńskie bez ślubu kościelnego nie wypełnia najistotniejszego warunku miłości, rozumianej jako troska o dobro autentyczne drugiej osoby. Nie przygotowuje małżonków do zbawienia i życia wiecznego. Historia takiej miłości, chociażby najwspanialszej w sensie wieloletnich wspólnych przeżyć i doświadczeń wzajemnego szczęścia, kończy się w momencie śmierci. Po niej można tylko ubolewać nad nieodwracalną stratą i mieć pretensję do ludzkiego losu, że życie na ziemi kończy się śmiercią.

Czym innym jest sakrament małżeństwa. Jego pierwowzorem jest oblubieńcza miłość Jezusa Chrystusa względem Kościoła, któremu Chrystus ofiarował swoje życie dokonując odkupienia i zbawienia człowieka. W liście Świętego Pawła do Efezjan czytamy: „Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusowej. Żony niech będą poddane mężom jak Panu, ponieważ mąż jest głową żony, jak Chrystus jest Głową Kościoła – On, Zbawca Ciała. I jak Kościół jest poddany Chrystusowi we wszystkim, tak żony niech będą poddane mężom. Mężowie miłujcie swoje żony, tak jak Chrystus umiłował swój Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić przez oczyszczenie kąpielą wody i słowem, aby postawić go przy sobie jako Kościół chwalebny, bez skazy i zmarszczki, czy czegoś podobnego, aby był święty i nieskalany. Mężowie tak powinni miłować swoje żony jak własne ciało. Kto miłuje swoją żonę, siebie samego miłuje. Nikt nigdy nie znienawidził swojego własnego ciała, lecz każdy je karmi i pielęgnuje, tak jak Chrystus Kościół. Otóż my tworzymy z Nim jedno Ciało, I tak mężczyzna opuści ojca i matkę, a złączy się ze swoją żoną i dwoje będą jednym ciałem. Jest to wielka tajemnica, a ja mówię w odniesieniu do Chrystusa i kościoła. Niech więc każdy z was tak miłuje swoją zonę jak siebie samego. Żona natomiast niech odnosi się do swego męża z szacunkiem” (Ef 5, 21-33).

Ten piękny tekst wyraża wielką prawdę o sakramentalnej miłości małżeńskiej, ale czyni to językiem trochę dla nas archaicznym. Mówienie dzisiaj kobiecie, że ma być poddana swojemu mężowi jak Panu, może wydawać się propozycją raczej niemożliwą do zrealizowania w praktyce. Ale tylko dlatego, że tak archaicznie brzmią użyte tu sformułowania. Jeśli zrozumiemy, że Pan, to Chrystus, którego wolą jest zbawienie i uświęcenie człowieka, to słowa Świętego będą dla nas łatwiejsze do przyjęcia. Podanie się Chrystusowi oznacza tu po prostu całkowite zaufanie i zawierzenie komuś, kto nie może w żaden sposób skrzywdzić, czy zranić, gdyż jego największym pragnieniem jest doprowadzenie ukochanej osoby do pełni szczęścia. Poddanie oznacza więc możliwość totalnego oddania siebie w całkowitym zaufaniu, bez lęku, bez żadnej obawy, bez zbędnych kalkulacji.

Takie zaufanie żony względem męża wymaga jednak jego doskonałej miłości, która nie szczędzi siebie i gotowa jest do najwyższych ofiar dla dobra żony. Chrystus oddał swoje życie, aby zbawić Kościół. Mąż zatem powinien również oddać swoje życie aby zbawić żonę. I tu dochodzimy do istoty sakramentu małżeństwa. Polega ono na wzajemnej ofierze życia poniesionej w odpowiedzialności za zbawienie współmałżonka, żony czy męża. Sakrament małżeństwa czyni męża odpowiedzialnym za doprowadzenie żony do zbawienia wiecznego. Podobnie też czyni żonę odpowiedzialną za zbawienie męża. Nie jest to więc troska tylko o to by mąż, czy żona mieli się dobrze w małżeństwie. Jest to troska o to, by stawali się dobrymi. Tak dobrymi, aby zostali uznani za godnych życia wiecznego. Warto by małżonkowie zapytali siebie samych, czy ich miłość uczyniła żonę, czy też męża lepszymi ludźmi? Czy dzięki miłości przybliżyli się do Boga? Czy dziś są bliżej zbawienia, nie z powodu upływu czasu, lecz z powodu coraz doskonalszego życia w miłości?

O tym właśnie mówi fragment z przytoczonego tekstu: „Mężowie miłujcie swoje żony, tak jak Chrystus umiłował swój Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić przez oczyszczenie kąpielą wody i słowem, aby postawić go przy sobie jako Kościół chwalebny, bez skazy i zmarszczki, czy czegoś podobnego, aby był święty i nieskalany” (Ef 5,25). Prawdziwa miłość czyni człowieka pięknym, czystym i doskonałym. Po prostu – godnym nieba! Kochać prawdziwie to znaczy zatem powiedzieć komuś „nie umrzesz”, przeprowadzę cię przez bramę śmierci do życia wiecznego. Dlatego małżeństwo katolickie, oparte na wzorze miłości Chrystusa do Kocioła nie dopuszcza możliwości rozwodu. Jakby to bowiem miało wyglądać? Czy moglibyśmy sobie wyobrazić Chrystusa, który mówi ludziom cos w rodzaju: „Bardzo was kocham, ale nie wymagajcie ode mnie, abym dla was marnował moje młode życie. Trochę wam pomogę, podpowiem co dobre, ale przecież musze także zadbać o siebie. Nie spodziewajcie się, że będę się dla was poświęcał aż do końca życia”. Takie zachowanie Zbawiciela jest po prostu niemożliwe, jest absurdalna fikcją! Podobnie też powinno być niemożliwe zrezygnowanie z miłości do męża, czy żony w małżeństwie.

Oczywiście może ktoś powiedzieć, że właśnie tak rozumiana miłość małżeńska to dziś raczej fikcja i sprawa zupełnie niemożliwa. I można by przyznać rację takiemu stwierdzeniu, gdyby nie sakrament małżeństwa. Gdyby nie sakrament małżeństwa deklaracje w stylu: „kocham cię, więc nie umrzesz na wieki” byłyby pustosłowiem i obietnica bez pokrycia. Człowiek bowiem, choćby niewiadomo jak kochał, nie ma takiej mocy, aby pokonać śmierć. Tylko Jezus Chrystus ma taka władzę i taką miłość, która może wprowadzić ukochaną osobę prze bramę śmierci do nieba. W prawdziwej miłości nie można zatem polegać na swoich siłach. Trzeba zawierzyć swoja miłość Komuś nieskończenie silniejszemu, czyli Chrystusowi.

Na tym właśnie polega sakrament małżeństwa. Jest prośbą skierowaną do Pana Boga, aby ludzką miłość udoskonalił i uświęcił niezawodną i nieskończoną miłością Chrystusa. Jest pokornym stwierdzeniem, że człowiek sam nie podoła tak wielkiemu zadaniu, aby zbawić kogoś od śmierci. Jest poddaniem swojej miłości w całkowitym zaufaniu miłości Chrystusa, która zwyciężyła śmierć i trwa wiecznie. Dlatego tak ważne są słowa: „Co Bóg złączył – dodajmy: miłością Chrystusową – człowiek niech nie rozdziela”. Oderwanie kogoś od miłości Chrystusowej to straszna zbrodnia, zagrożona karą potępienia.

Dlatego też decyzja o miłości i małżeństwie jest decyzją na całe życie. Decyzją niezwykle poważną, wymagającą głębokiego namysłu, właściwego przygotowania i nieustannej czujności także już po zawarciu małżeństwa i po założeniu rodziny. Nie można jej podejmować pochopnie polegając na własnych siłach , tym bardziej tylko na własnych emocjach. Nie można jej podejmować bez wiary w Chrystusa i w Jego zbawienie. Nie można żyć w miłości, małżeństwie i w rodzinie bez ponawiania swego zaufania wobec Jezusa Chrystusa systematycznym korzystaniem z sakramentów świętych i modlitwą.

Zakończmy zatem nasze rozważania modlitwą w intencji wszystkich małżeństw i wszystkich rodzin. Włączmy w nią także błaganie za wszystkich młodych planujących zawarcie małżeństwa i przygotowujących się do niego w dalszej przyszłości. Niech nasza modlitwa będzie zawierzeniem wszystkich jedynej i nieskończonej miłości Chrystusa.

Panie, powierzamy Ci miłość wszystkich małżonków,

która jest Twoim darem,

żeby w nich nie umarła.

Ponieważ źródło jej jest w Tobie,

spraw, aby każdy z nich pragnął raczej kochać

niż być kochanym,

raczej dawać niż brać.

Niech dni wzajemnej radości małżonków nie spychają ich

w obojętność wobec reszty świata,

zaś dni udręki niech im nie odbierają siły,

ale niech umacniają ich czułość i wierność.

Panie, Ty, który jesteś Życiem,

daj aby małżonkowie nigdy nie odtrącali życia,

które będzie się chciało narodzić z ich wzajemnej miłości.

Panie, który jesteś Prawdą,

spraw, aby małżonkowie sobie wzajemnie nie odmawiali prawa do prawdy,

ale byli dla siebie wzajemnie przejrzyści.

Panie, który jesteś Drogą,

spraw, aby małżonkowie nigdy nie byli dla siebie manowcem

ani ciężarem,

ale szli naprzód Twoją drogą zbawienia trzymając się za ręce.

Panie, Ty dałeś Kościołowi swoją Matkę Maryję,

a Ona zawsze była i jest wierna, mocna i czuła.

Niech Ona będzie strażniczką każdego małżeństwa i każdej rodziny.

Niech Jej wierność, siła i łagodność

zachowają małżonków we wzajemnej wierności, sile i łagodności

na zawsze i na wieczność przy Tobie. Amen

Możliwość komentowania jest wyłączona.