Ks. Robert Kwatek – OSIEM BŁOGOSŁAWIEŃSTW

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.

1. Pokój Chrystusowy.

Jest w powieści Henryka Sienkiewicza pod tytułem „Quo vadis” scena, którą bezwzględnie trzeba nazwać sceną tytułową, choć ma ona miejsce dopiero pod koniec całego dzieła. Jest to oczywiście scena spotkania opuszczającego Rzym Piotra z Jezusem Chrystusem. W tym spotkaniu Piotr po raz kolejny i chyba ostatni w swoim życiu doznaje wewnętrznej przemiany. Ona przygotowuje go na drogę do nieba. Przypomnijmy sobie tę scenę w oryginalnym zapisie, aby potem zgłębić tajemnicę ostatniego daru jaki otrzymał Szymon Piotr.

O brzasku następnego dnia dwie ciemne postaci posuwały się drogą Appijską ku równinom Kampanii.

Jedną z nich był Nazariusz, drugą Piotr Apostoł, który opuszczał Rzym i męczonych w nim współwyznawców. Niebo na wschodzie przybierało już leciuchny odcień zielony, który z wolna, coraz wyraźniej bramował się u dołu barwą szafranną. Drzewa o srebrnych liściach, białe marmury willi i łuki wodociągów, biegnące przez równinę ku miastu, wychylały się z cienia. Rozjaśniała się stopniowo zieloność nieba, nasycając się złotem. Za czym wschód zaczął różowieć i rozświecił Góry Albańskie, które ukazały się cudne, liliowe, jakby z samych tylko blasków złożone.

Świt odbijał się w drżących na liściach drzew kroplach rosy. Mgła rzedła odkrywając coraz szerszy widok na równinę, na leżące na niej domy, cmentarze, miasteczka i kępy drzew, między którymi bielały kolumny świątyń.

Droga była pusta. Wieśniacy, którzy zwozili jarzyny do miasta, nie zdążyli jeszcze widocznie pozaprzęgać do wózków. Od płyt kamiennych, którymi aż do gór wyłożony był gościniec, szedł w ciszy odgłos drewnianych postołów, jakie podróżni mieli na nogach.

Potem słońce wychyliło się przez przełęcz gór, ale zarazem dziwny widok uderzył oczy Apostoła. Oto wydało mu się, iż złocisty krąg, zamiast wznosić się wyżej i wyżej na niebie, zsunął się ze wzgórz i toczy się po drodze.

Wówczas Piotr zatrzymał się i rzekł:

- Widzisz tę jasność, która zbliża się ku nam? – Nie widzę nic – odpowiedział Nazariusz.

Lecz Piotr po chwili ozwał się przysłoniwszy oczy dłonią:

- Jakowaś postać idzie ku nam w blasku słonecznym.

Do uszu ich nie dochodził jednak najmniejszy odgłos kroków. Naokół było cicho zupełnie. Nazariusz widział tylko, że w dali drżą drzewa, jakby je ktoś potrząsał, a blask rozlewa się coraz szerzej na równinie.

I począł patrzeć ze zdziwieniem na Apostoła.

- Rabbi! Co ci jest? – zawołał z niepokojem.

A z rąk Piotra kosztur podróżny wysunął się na ziemię, oczy patrzyły nieruchomie przed siebie, usta były otwarte, w twarzy malowało się zdumienie, radość, zachwyt.

Nagle rzucił się na kolana z wyciągniętymi przed się ramionami, a z ust jego wyrwał się okrzyk:

- Chryste! Chryste!…

I przypadł głową do ziemi, jakby całował czyjeś stopy.

Długo trwało milczenie, po czym w ciszy ozwały się przerywane łkaniem słowa starca:

- Quo vadis, Domine?

I nie słyszał odpowiedzi Nazariusz, lecz do uszu Piotrowych doszedł głos smutny i słodki, który rzekł:

- Gdy ty opuszczasz lud mój, do Rzymu idę, by mnie ukrzyżowano raz wtóry.

Apostoł leżał na ziemi, z twarzą w prochu, bez ruchu i słowa. Nazariuszowi wydała się już, że omdlał lub umarł, ale on powstał wreszcie, drżącymi rękoma podniósł kij pielgrzymi i nic nie mówiąc zawrócił ku siedmiu wzgórzom miasta.

Pacholę zaś, widząc to, powtórzyło jak echo: – Quo vadis, Domine?

- Do Rzymu – odrzekł cicho Apostoł. I wrócił.

Paweł, Jan, Linus i wszyscy wierni przyjęli go ze zdumieniem i z trwogą tym większą, że właśnie o brzasku, zaraz po jego wyjściu, pretorianie otoczyli mieszkanie Miriam i szukali w nim Apostoła. Lecz on na wszystkie pytania odpowiadał im tylko z radością i spokojem:

- Panam widział!

I tegoż jeszcze wieczora udał się na cmentarz ostriański, aby nauczać i chrzcić tych, którzy chcieli się skąpać w wodzie życia. (Sienkiewicz H., Quo vadis, LXX)

Co się wydarzyło? Oto Piotr, za namową przyjaciół miał uciec z Rzymu przed prześladowaniami Nerona. Wspólnota wiernych chciała po ludzku chronić Apostoła, aby dalej pozostał żywą Opoką Kościoła. Wydawało się to ważne i konieczne. Nie chodziło tylko o samego Piotra lecz o zachowanie Jego jako świadka dla tych, którzy ocaleją z fali prześladowań.

Piotr zatem dla dobra Wspólnoty wiernych odchodzi z Rzymu. Na granicy Miasta zostaje zawrócony przez Jezusa. Po tym spotkaniu jest tak odmieniony, że powraca do prześladowanych chrześcijan aby wraz z nimi umrzeć. Tym, co go odmieniło, był wewnętrzny dar pokoju. Spoczęło na nim Błogosławieństwo, które dziś właśnie chcemy rozważyć.

Zanim rozważymy ten dar i poznamy go dokładniej, spójrzmy najpierw na samego Szymona Piotra. Jest on bowiem wzorem ucznia, który przeszedł całą drogę formacji w Chrystusowej szkole, a w jego życiu spełniły się kolejne Błogosławieństwa jakie już poznaliśmy.

2. Droga ucznia – droga Błogosławieństw.

Już sam fakt powołania Szymona, prostego rybaka, jest znakiem wyjątkowego charakteru Chrystusowej Szkoły. To sam Nauczyciel wybiera i powołuje ludzi do grona swoich uczniów. Jego autorytet ma tak wielką siłę, że wybrani nie podejmują dyskusji nad sensownością jego decyzji. Wszystko zresztą ma się rozstrzygnąć nie przez teoretyczne rozważania lecz w rzeczywistych doświadczeniach zmagania się z postawionym przez Nauczyciela warunkami formacji. Pierwszym z nich jest ubóstwo.

Szymon Powołany przez Jezusa pozostawił swój dom i rybackie rzemiosło, czyli wszystko, co miał. Stał się więc ubogim. Zawierzył i oddał swoje życie Nauczycielowi. Naprawdę musiał Mu zaufać, bo przecież nie chodziło tylko o jego własne życie. Szymon miał żonę i rodzinę, którą utrzymywał swoją pracą rybaka. Idąc za Chrystusem i stając się dla Niego ubogim, stawiał w trudnej sytuacji wszystkich swoich bliskich. Dla Chrystusa stał się również w tym sensie człowiekiem ubogiego serca rewidując wszystkie relacje i więzi jakie składały się na Jego życie rodzinne i środowiskowe. Proces oczyszczania serca Szymona Piotra jako Opoki i Klucznika królestwa niebieskiego był na pewno trudny, bolesny i długi. Będąc zewnętrznie ubogim od momentu powołania stawał się nim stopniowo coraz bardziej w ciągu całej swej drogi ucznia. Stawał się błogosławionym.

Czy na Piotrze spoczęło także Błogosławieństwo smutnych? Nie można mieć co do tego żadnych wątpliwości. Smutek jego serca ujawnia się już na samym początku drogi powołania, kiedy to po cudownym połowie ryb dokonanym z posłuszeństwa wobec Jezusa powiedział do Niego Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny (Łk 5,8). Szymon był świadom swojej słabości. Jego serce ogarną wtedy lęk, lecz Nauczyciel powiedział mu: Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił (Łk 5,10b) W tej odpowiedzi nie ma zaprzeczenia słabości, którą odczuwał Szymon. Jest raczej wskazanie drogi i nadzieja nowego życia. Pan Jezus nie pomija smutku, ani też nie daje Piotrowi łatwego pocieszenia. Pozwala mu stopniowo dojrzewać do głębokiej przemiany.

Ta przemiana dokonuje się w czasie męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Szymon Piotr ma w tych wydarzeniach szczególny udział, i jest jakby wzorem ucznia oczyszczanego przez ofiarę krzyża. Oto na Ostatniej Wieczerzy Piotr zarzeka się, że gotów jest zginąć dla swego Nauczyciela. W czasie aresztowania Jezusa w Ogrodzie Oliwnym chce po ludzku walczyć i mieczem bronić Mistrza. Lecz gdy ludzkie środki okazują się nieskuteczne Piotr, jakby zdezorientowany i załamany, trzykrotnie wypiera się znajomości z Nauczycielem. Spojrzenie Jezusa przenika wtedy do głębi serce ucznia i wywołuje falę smutku i żalu ogarniającą go aż do poranka zmartwychwstania. Jest to smutek miłości zranionej grzechem zdrady i oczekującej na cud pojednania. Miłości nie liczącej na siebie lecz na działanie Boga, którego to po ludzku pojąć nie można. Można tylko w pokorze przyjąć tak, jak sam dar zmartwychwstania. Wiemy, że nadzieja Piotra została spełniona. Zmartwychwstały Chrystus trzykrotnie pytając Piotra o miłość udzielił mu prawdziwego pocieszenia. Spełniło się Błogosławieństwo smutnych, którzy zostają pocieszeni łaską Boga.

Szymon Piotr był rybakiem. To zajęcie dla ludzi niezwykle wytrwałych, cierpliwych i nawet zewnętrznie cichych. Jakże trzeba być opanowanym przy codziennym rozplątywaniu, naprawianiu i suszeniu sieci! Jak trzeba być wytrwałym w wielokrotnym zarzucaniu sieci w czasie nocnych połowów, kiedy nie przynoszą one oczekiwanych rezultatów (por. Łk 5, 4nn). Jakże trzeba być po prostu cichym, aby zbędnym hałasem nie spłoszyć ławicy. Trzeba także być cichym i pokornym wewnętrznie by nieustannie wierzyć, że to, co Bóg daje, zawsze ma sens. Cichość serca pozwoliła Szymonowi być posłusznym wobec pozornie przecież chybionego polecenia ponownego zarzucania sieci w ciągu dnia. Ta sama cichość pozwoliła mu na wytrwanie w całej drodze formacji Ucznia i pracy Apostoła aż do męczeńskiej śmierci. Cichą, to znaczy posłuszną, wierną i niezłomna pracą Apostoła zdobywał dla Nauczyciela wyznawców tak spośród Żydów, jak i Rzymian. Niewątpliwie uczniowskie i apostolskie powołanie mogło się w Nim rozwijać dzięki cichości serca. Ono samo również rozwijało i pogłębiało postawę błogosławionej cichości.

Piękną jest postawa Piotra, który nie tłumaczył swojego grzechu zdrady, lecz oczekiwał na usprawiedliwienie ze strony samego Jezusa. Łaknął i pragnął także tej sprawiedliwości, która ma się objawić w królestwie życia wiecznego. Będąc świadkiem Przemienienia Pańskiego spontanicznie zaproponował Mistrzowi zbudowanie namiotów, czyli tym samym pozostanie w miejscu objawienia (por. Mt 17,1-8). Tak reaguje człowiek, dla którego to, czego w danej chwili doświadcza, jest równoznaczne z najszczerszymi i najgłębszymi pragnieniami. Szymon pragnął królestwa Bożego i jego sprawiedliwości.

Aby być prawdziwym świadkiem miłosierdzia trzeba samemu miłosierdzia doświadczyć. W przeciwnym wypadku wszelkie opowiadanie o przebaczeniu będzie tylko teoretyczną propagandą. Piotr doświadczył ogromnego poniżenia popełniając grzech wyparcia się znajomości z Jezusem. On, który przez Mistrza został wybrany, aby być Opoką dla całego Kościoła (por. Łk 16,18) i innych utwierdzać w wierze (por. Łk 22, 32), sam okazał się tak bardzo kruchym. Było to potrzebne, aby później jako Zastępca Chrystusa na ziemi nie wywyższał się nad innych, lecz każdego grzesznika umiał przyjąć miłością miłosierną. Widząc swoją nędzę i stojąc wobec tak wielkiego zadania, Piotr czekał na miłosierdzie swego Mistrza i takim też został pobłogosławiony.

To, co wydarzyło się pod Cezareą Filipową (por. Mt 16,13-20) , kiedy to na pytanie Jezusa: A wy, za kogo wy mnie uważacie?(Mt 16,15) niespodziewanie, chyba także i dla samego siebie, Piotr odpowiedział: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego! ( Mt 16,16), świadczy o jego czystym sercu. Bóg dotarł do jego serca z łaską, która pozwoliła zobaczyć w stojącym obok cielesnym człowieku samego Mesjasza, Syna Bożego. To wydarzenie, a także Przemienienie na górze, w którym wybrani Apostołowie mogli oglądać objawienie chwały Chrystusa (por Mt 17,1-9), potwierdza, że Piotr otrzymał Błogosławieństwo czystego serca.

Czystość serca odróżniała Piotra od Judasza, który przecież popełnił podobny grzech, ale w tej słabości nie oczekiwał miłosierdzia. To właśnie czystość serca dała Piotrowi siłę nadziei na przebaczenie, gdy w mroku swej słabości wyglądał miłosierdzia. Okazuje się, że słabość nie wyklucza czystości serca. Świadomi swej grzeszności mogą „oglądać Boga” jako nadzieję swego zbawienia. Wydaje się, że dopiero grzech przeciwko Duchowi Świętemu – pycha samousprawiedliwienia lub rozpacz potępienia – sprawia, że grzesznik ma nieczyste serce i Boga zobaczyć nie może, nawet jako nadziei miłosierdzia.

Tak oto idąc drogą ucznia wraz z Szymonem Piotrem, doszliśmy do dzisiaj rozważanego Błogosławieństwa tych, którzy wprowadzają pokój. Oczywiście, wszystkie wydarzenia i doświadczenia, które zmieniały serce Szymona i kształtowały w nim postawę prawdziwego ucznia Chrystusa, dokonywały się stopniowo. Wszystkie jednak były potrzebne, aby Piotr mógł otrzymać dar pokoju. Jest to dar prawdziwej wolności dziecka Bożego, dla którego nie ma większego szczęścia i ważniejszej sprawy jak przebywanie w jedności z Bogiem. Wszystko inne przestaje mieć znaczenie.

3. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój.

Życie ucznia Chrystusa przepełnione jest pozornymi sprzecznościami, które są niczym innym jak tajemnym działaniem Boga w ludzkich sercach i poprzez nie w świecie. W tym wypadku sprzeczność polega na tym, że błogosławieństwo jest darem od Boga, jak więc może je „wprowadzać” człowiek? Czy pokój jest wynikiem obdarowania, czy też ludzkiego działania?

Wyobraźmy więc sobie, że Jezus jak odwiedzający nas Gość puka do naszych drzwi. Obecność tego Gościa jest dla nas darem Jego przyjaźni i miłości. Jednak sami musimy dotrzeć do drzwi, otworzyć je i wprowadzić owego Gościa do naszego mieszkania i naszego życia. W obdarowaniu pokojem i wprowadzaniu pokoju serca nie ma sprzeczności, lecz wzajemnie uzupełniające się działanie Pana Boga i człowieka jako dziecka Bożego.

Błogosławieństwo wprowadzających pokój przy pierwszym powierzchownym zapoznaniu wydaje się sugerować, że dotyczy tych, którzy przede wszystkim dla owego pokoju działają wokół siebie – w świecie. Kiedy jednak dotrzemy do tego siódmego już Błogosławieństwa drogą uczniowskiej formacji poprzez sześć poprzednich błogosławieństw, okaże się, że przede wszystkim dotyczy ono działania wewnątrz swego serca.

Błogosławieni są ci, którzy odpowiadają na zaproszenie do szkoły Chrystusa i podejmują wskazaną przez niego drogę Błogosławieństw. Wypełniając swoje powołanie ubogich, smutnych, cichych, pragnących sprawiedliwości, miłosiernych i czystego serca wprowadzają w swoje życie Boży pokój, a sami upodabniają się do Syna Bożego tak, że i oni wydaja się być synami Bożymi. Tak zatem „wprowadzanie pokoju Bożego” to praca nad swoim życiem, aby stawało się godnym dziecka Bożego.

Wbrew pozorom nie chodzi więc tutaj o aktywizm zewnętrzny, przejawiający się często w zbytnim zaangażowaniu w rozmaitą działalność z równoczesnym pominięciem troski o własne życie wewnętrzne. Chodzi raczej o stawanie się autorytetem na zasadzie osoby, której już sama obecność promieniuje łaską pokoju. Takim właśnie stał się Szymon Piotr przechodząc przez wszystkie doświadczenia drogi uczniowskiego i apostolskiego powołania.

Powróćmy zatem teraz do tytułowej sceny z powieści „Quo vadis”. Widzimy w niej Piotra, który jako starzec otwiera swoje serce przed przychodzącym do niego z darem pokoju Chrystusem, a przyjmując go natychmiast powraca do Rzymu, choć świadom jest czyhającego tam na niego niebezpieczeństwa. Wobec wielkiego zaskoczenia przyjaciół odpowiada jedynym uzasadnieniem swego stanu i wynikającej z niego decyzji: widziałem Pana!.

Piotr zobaczył Jezusa, którego przed laty widział oczami swego ciała, i za głosem którego szedł przez całe życie. To wędrowanie okazało się w rzeczywistości pielgrzymowaniem do wewnętrznego sanktuarium własnego serca, w którym teraz mógł zobaczyć tego samego Jezusa, ale już oczami duszy. Zobaczył Go jako cel swego powołania, jako spełnienie całego życia, jako odpowiedź na wszystkie życiowe dylematy, obawy i wątpliwości. Spełniła się nadzieja jego wiary i miłości.

Święty Jan napisał w swoim liście: Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaka Bóg ma ku nam. Bóg jest miłości: kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim. Przez to miłość osiąga w nas kres doskonałości, iż będziemy mieli pełną ufność w dzień sądu, ponieważ tak, jak On jest w niebie i my jesteśmy na tym świecie. W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości. My miłujemy Boga, ponieważ Bóg pierwszy nas umiłował (1J 4,16-19).

Taki właśnie stan osiągnął Piotr. W spotkaniu z Chrystusem – które nie musiało wyglądać tak, jak u Sienkiewicza, ale na pewno miało miejsce – wyzbył się całkowicie lęku. Wiedział, że trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim. Pozyskał więc pełną ufność na dzień sądu, a wobec sądu Bożego decydującego o wieczności, czym może wydawać się sąd Nerona i wszystkich mocy tego świata.

W tym miejscu chciałoby się powiedzieć za Świętym Pawłem: Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? Jak to jest napisane: «Z powodu Ciebie zabijają nas przez cały dzień, uważają nas za owce na rzeź prowadzone». Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani Moce, ani co jest wysoko, ani co głęboko, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym (Rz 8,35-39).

Zobaczmy ile w nas jeszcze niepewności w wierze, w nadziei i w miłości. Zapewne stąd też wiele niepokoju, lęku i nieustannej walki z sobą, a może także z Panem Bogiem. Aby otrzymać Błogosławieństwo dla wprowadzających pokój, trzeba pójść droga ucznia i pozwolić uwolnić się od wszystkiego co wprowadza chaos w nasze dusze. Tacy uspokojeni ludzie rzeczywiście są jakby nie z tego świata, gdyż nic na tym świecie nie może ich zatrwożyć na tyle, aby zapomnieli o ofiarowanej im miłości Boga. Tacy ludzie wprowadzają pokój sama swoja obecnością, jak Piotr, gdy pozostał z prześladowanymi chrześcijanami w Rzymie. Nawet śmierć nie jest w stanie pokonać pokoju, który daje Bóg.

Działanie daru pokoju w sercu człowieka przenikniętego obecnością Boga wyczuwał doskonale Henryk Sienkiewicz tak oto opisując ostatnie chwile życia Szymona Piotra: Wiekowego Apostoła poddano naprzód przepisanej przez prawo chłoście, a następnego dnia wywiedziono za mury miasta, ku wzgórzom Watykańskim, gdzie miał ponieść przeznaczoną mu karę krzyża. Żołnierzy dziwił tłum, który zebrał się przed więzieniem, gdyż w pojęciu ich śmierć prostego człowieka i w dodatku cudzoziemca nie powinna była budzić tyle zajęcia, nie rozumieli zaś, że korowód ów nie składał się z ciekawych, ale z wyznawców, pragnących odprowadzić na miejsce kaźni Wielkiego Apostoła. Po południu otworzyły się wreszcie bramy więzienia i Piotr ukazał się wśród oddziału pretorianów. Słońce zniżyło się już nieco ku Ostii, dzień był cichy i pogodny. Piotrowi ze względu na jego sędziwe lata nie kazano nieść krzyża, sądzono bowiem, że go udźwignąć nie zdoła, ani też nie założono mu wideł na szyję, by mu nie utrudniać pochodu. Szedł wolny i wierni mogli go widzieć doskonale. W chwili gdy wśród żelaznych hełmów żołnierskich ukazała się jego biała głowa, płacz rozległ się w tłumie, lecz natychmiast prawie ustał, albowiem twarz starca miała w sobie tyle pogody i taką jaśniała radością, iż wszyscy pojęli, że to nie ofiara idzie ku straceniu, ale zwycięzca odbywa pochód tryumfalny.

Jakoż tak było. Rybak, zwykle pokorny i pochylony, szedł teraz wyprostowany, wyższy wzrostem od żołnierzy, pełen powagi. Nigdy nie widziano w postawie jego tyle majestatu. Zdawać by się mogło, iż to monarcha posuwa się, otoczony przez lud i żołnierzy. Ze wszystkich stron podniosły się głosy: „Oto Piotr odchodzi do Pana.” Wszyscy jakby zapomnieli, że czeka go męka i śmierć. Szli w uroczystym skupieniu, ale w spokoju, czując, że od śmierci na Golgocie nie stało się dotychczas nic równie wielkiego i że jako tamta odkupiła świat cały, tak ta ma odkupić to miasto.

Po drodze ludzie zatrzymywali się ze zdziwieniem na widok tego starca, wyznawcy zaś, kładnąc im ręce na ramiona, mówili spokojnymi głosami: „Patrzcie, jako umiera sprawiedliwy, który znał Chrystusa i opowiadał miłość na świecie.” A owi wpadali w zadumę, po czym odchodzili mówiąc sobie: „Zaprawdę, ten nie mógł być niesprawiedliwy.”

Po drodze milkły wrzaski i wołania uliczne. Orszak posuwał się wśród domów świeżo wzniesionych, wśród białych kolumn świątyń. nad których naczółkami wisiało niebo głębokie. ukojone i błękitne. Szli w ciszy czasem tylko zabrzęczały zbroje żołnierzy lub podniósł się szmer modlitw. Piotr słuchał ich i twarz jaśniała mu coraz większą radością, albowiem wzrok jego zaledwie mógł ogarnąć owe tysiące wyznawców. Czuł, że dzieła dokonał, i wiedział już, że ta Prawda, którą całe życie opowiadał, zaleje wszystko jak fala i że nic już powstrzymać jej nie zdoła. A tak myśląc, podnosił oczy ku górze i mówił: „Panie, kazałeś mi podbić ten gród, który panuje światu, więcem go podbił. Kazałeś mi założyć w nim stolicę swoją, więcem ją założył. To Twoje miasto teraz, Panie, a ja idę do Ciebie, bom się spracował bardzo.”

Przechodząc więc koło świątyń mówił im: „Chrystusowymi świątyniami będziecie.” Patrząc na roje ludzi, przesuwających się przed jego oczyma, mówił im: „Chrystusowymi będą wasze dzieci sługami.” I szedł w poczuciu spełnionego podboju, świadom swej zasługi, świadom mocy, ukojony, wielki. Żołnierze poprowadzili go przez most Tryumfalny, jakby mimo woli dając jego tryumfowi świadectwo, i wiedli dalej ku Naumachii i cyrkowi. Wierni z Zatybrza przyłączyli się do pochodu i uczyniła się gęstwa ludu tak wielka, iż centurion, przywodzący pretorianom, domyśliwszy się wreszcie, iż prowadzi jakowegoś arcykapłana, którego otaczają wierni, zaniepokoił się zbyt małą liczbą żołnierzy. Lecz ani jeden okrzyk oburzenia lub wściekłości nie ozwał się w tłumie. Twarze były przejęte wielkością chwili, uroczyste i zarazem pełne oczekiwania, niektórzy bowiem wyznawcy przypominając sobie, iż przy śmierci Pana ziemia rozstępowała się z przerażenia, a umarli podnosili się z grobów, myśleli, że i teraz nastąpią może jakieś znaki widome, po których nie zatrze się przez wieki śmierć Apostoła. Inni mówili sobie nawet: „A nuż Pan wybierze godzinę Piotrową, aby zstąpić z nieba, jako był przyobiecał, i uczynić sąd nad światem.” W tej zaś myśli polecali się miłosierdziu Zbawiciela.

Ale naokół było spokojnie. Wzgórza zdawały się wygrzewać i odpoczywać w słońcu. Pochód zatrzymał się wreszcie między .cyrkiem a wzgórzem Watykańskim. Żołnierze wzięli się teraz do kopania dołu, inni położyli na ziemi krzyż, młoty i gwoździe, czekając, póki przygotowania nie zostaną ukończone, tłum zaś, cichy zawsze i skupiony, klęknął naokół.

Apostoł, z głową w promieniach i złotych blaskach, zwrócił się po raz ostatni ku miastu. Z dala, nieco w dole, widać było Tyber świecący; po drugim brzegu pole Marsowe, wyżej mauzoleum Augusta, niżej olbrzymie termy, które Nero właśnie był wznosić począł, jeszcze niżej teatr Pompejusza, a za nimi miejscami widne, miejscami zakryte przez inne budowy Saepta Julia, mnóstwo portyków, świątyń, kolumn, spiętrzonych gmachów i wreszcie hen, w dali, wzgórza oblepione domami, olbrzymie rojowisko ludzkie, którego krańce niknęły w mgle błękitnej, gniazdo zbrodni, ale i siły, szaleństwa, ale i ładu, które stało się głową świata, jego ciemięzcą, ale zarazem jego prawem i pokojem, wszechpotężne, nieprzemożone, wieczyste.

Piotr zaś, otoczony żołnierzami, spoglądał na nie tak, jakby spoglądał władca i król na swe dziedzictwo. I mówił: „Odkupioneś jest i moje.” A nikt, nie tylko między żołnierstwem kopiącym dół, w który miano wstawić krzyż, ale nawet między wyznawcami, nie umiał odgadnąć, że istotnie stoi między nimi prawdziwy władca tego grodu i że miną cezarowie, przepłyną fale barbarzyńców, miną wieki, a ów starzec będzie tu panował nieprzerwanie.

Słońce chyliło się jeszcze bardziej ku Ostii i stało się wielkie i czerwone. Cała zachodnia strona nieba poczęła płonąć blaskiem niezmiernym. Żołnierze zbliżyli się do Piotra, by go rozebrać.

Lecz on, modląc się, wyprostował się nagle i wyciągnął wysoko prawicę. Oprawcy zatrzymali się jakby onieśmieleni jego postawą; wierni zatrzymali również oddech w piersiach, sądząc, że chce przemówić, i nastała cisza niezmącona.

On zaś, stojąc na wyniesieniu, począł wyciągniętą prawicą czynić znak krzyża, błogosławiąc w godzinie śmierci:

- Urbi et orbi!

Dodajmy słowa samego Chrystusa: Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi (Mt.5,9).

Możliwość komentowania jest wyłączona.