Ks. Robert Kwatek – OSIEM BŁOGOSŁAWIEŃSTW

Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.

1. Tajemnica usprawiedliwienia.

Przyznajmy, że temat sprawiedliwości w pierwszym odruchu jest dla nas trudny i raczej nieprzyjemny. Z doświadczenia wiemy, że mechanizmy aparatu sprawiedliwości uruchamiane są wtedy, gdy nastąpi wykroczenie, lub zostanie popełnione przestępstwo. Działanie aparatu sprawiedliwości polega na wyjaśnieniu takiego zdarzenia, określeniu zła, wskazaniu winnego i wymierzeniu zasądzonej kary. Ta procedura nigdy nie kojarzy się z czymś przyjemnym i łatwym do przyjęcia. A ponieważ wszyscy mamy wady, popełniamy błędy i w rezultacie – jak to się mówi – „każdy ma coś tam na sumieniu” odruchowo niechętnie poruszamy ten temat.

Nawet dla tych, którzy są po drugiej stronie, i jako poszkodowani domagają się sprawiedliwości, jej dochodzenie także wcale nie jest łatwe, a tym bardziej przyjemne. Dodać trzeba, że w ich przypadku dochodzenie sprawiedliwości dość szybko może stać się chęcią odwetu lub nawet zemsty. Te zaś odczucia mogą łatwo obudzić w sercach nienawiść, która przecież sama w sobie jest wielkim złem.

Również pojęcie usprawiedliwienia budzi wiele nieporozumień i kontrowersji. Powszechnie jest ono rozumiane jako umiejętne wytłumaczenie się z kłopotliwej sytuacji. Oto uczeń spóźnia się kilkanaście minut na lekcję. Nauczyciel domaga się usprawiedliwienia tej sytuacji. Uczeń wyjaśnia powody spóźnienia i jeśli są one wiarygodne nauczyciel uważa całą sytuację za usprawiedliwioną. W rzeczywistości jednak jest ona tylko wytłumaczona.

Usprawiedliwienie polega na czymś innym. Załóżmy chociażby, że w owych kilkunastu minutach lekcji inni uczniowie nauczyli się rozwiązywać nowy rodzaj zadań lub opanowali użycie kilku słówek w obcym języku. Wytłumaczony spóźnialski w stosunku do nich jest w dalszym ciągu w sytuacji niesprawiedliwości aż do chwili kiedy nadrobi powstałe braki. Usprawiedliwienie to inaczej mówiąc doprowadzenie do właściwego stanu – takiego jakim powinien być na tę chwilę.

Kłopoty z przyjęciem działania sprawiedliwości i ze zrozumieniem usprawiedliwienia powodują, że trudno obudzić w sobie uczucia ich łaknienia i pragnienia. Trudno zatem w pierwszym odruchu przyjąć pozytywnie Błogosławieństwo przeznaczone dla zgłodniałych i spragnionych sprawiedliwości. Mogłoby się wydawać, że jest ono przeznaczone dla tych, którzy lubią zadręczać się poczuciem winy i znajdują chorobliwą satysfakcję w przyjęciu wymierzanej im kary. Znowu funkcjonują w tym wypadku podobne uproszczenia i stereotypy, jak w przypadku Błogosławieństwa ubogich. Czy Chrystus pochwala i uprawomocnia duchowy masochizm? Nic bardziej mylnego.

Żeby zrozumieć biblijne pojęcie sprawiedliwości w tym znaczeniu, w jakim zostało ono użyte przez Pana Jezusa, trzeba najpierw powrócić do zamieszczonego w Piśmie Świętym opisu stworzenia świata przez Pana Boga. Oto wobec każdego z dzieł, których dokonał Stwórca zostało wypowiedziane zdanie: I widział Bóg, że było dobre (por Rdz 1, 1-30), a szóstego dnia, na zakończenie całego dzieła stworzenia zostało wypowiedziane zdanie jeszcze mocniejsze: I widział Bóg, że wszystko, co stworzył, było bardzo dobre (Rdz 1:31). Na świecie nie było jeszcze zła. Rzeczy stworzone w doskonały sposób odzwierciedlały więc zamysł i wolę Bożą. Podkreślona w tekście pełnia dobroci była zatem także pełnią sprawiedliwości.

W takim świecie mógł powstać rajski ogród Eden – miejsce całkowitej harmonii i sprawiedliwości. Kiedy jednak pierwsi ludzie popełnili grzech nieposłuszeństwa, zmienili zamysł Boga i odeszli od Jego woli. W życie świata wdarła się niesprawiedliwość na zasadzie wady, pewnego braku, a w rezultacie pewnej dziedzicznej i coraz głębszej niemożności sprostania normie doskonałości, którą dla swych stworzeń przewidział Bóg Stwórca.

W przypadku ludzi pierwotną normą doskonałości była miłość objawiająca się jako głęboka jedność pomiędzy ludźmi, a także pomiędzy ludźmi a Panem Bogiem. W wyniku grzechu w życie ludzi na miejsce miłości wdarła się skłonność do pożądliwości, wykorzystywania i podporządkowywania sobie innych osób, a także wzajemna rywalizacja. Szczytem ludzkiej niesprawiedliwości po grzechu jest podobne zachowanie człowieka względem Pana Boga. Rywalizacja posunięta aż do ateizmu, czyli próby całkowitego zdetronizowania i odrzucenia Boga ze świata ludzi.

Ponieważ skutki grzechu pierworodnego przeszły na wszystkich ludzi i na wszystkie pokolenia taka sytuacja poprzez – swoją powszechność – stała się nową normą życia. Nie było bowiem możliwości porównania z kimkolwiek, kto nie podlegałby grzechowi. Trzeba o tym pamiętać, że natura ludzka została dotkliwie zraniona przez zło grzechu. Zachowanie, do którego prowokuje nas ludzka natura, choć powszechnie uważane za jak najbardziej naturalne, wcale nie musi być dobre. Po grzechu pierworodnym słowa: „naturalny” i „dobry” w odniesieniu do ludzkich zachowań wcale nie muszą być jednoznaczne. Nasze naturalne zachowania mogą mieć związek z ukrytą wadą, będącą skutkiem grzechu pierworodnego. Mogą być złe.

Wytłumaczenie ułomności ludzkiej natury wcale nie usprawiedliwia popełnianych przez ludzi grzechów. To tak, jak byśmy powiedzieli, że patologiczny notoryczny zbrodniarz jest usprawiedliwiony i może dalej popełniać zbrodnie ponieważ taki już jest. Także Prawo zakazujące przecież popełniania zbrodni i krzywdzenia bliźnich nie jest w stanie usprawiedliwić ludzi. Ono może tylko strachem przed karą powstrzymywać przejawy zła u ludzi, jednak samego zła z ludzkiej natury nie jest wstanie usunąć. Prawo pomaga tylko zaleczyć chorobę i powstrzymać jej rozwój w osobie i społeczeństwie lecz od niej nie uwalnia całkowicie. Dlatego w skrajnych, chciałoby się powiedzieć – nieuleczalnych – przypadkach prawo pozwala na usunięcie choroby zła wraz z samym pacjentem, poprzez wykonanie kary śmierci.

W jaki więc sposób możliwe byłoby właściwe usprawiedliwienie? Wydaje się, że tylko poprzez nowy wzór życia – jakiegoś nowego człowieka, który byłby całkowicie wolny od zła grzechu. Jednak sam wzór doskonałości nie wystarczy. Na przykład: to, że wszyscy oglądaliby mistrza olimpijskiego w lekkiej atletyce w jego doskonałym biegu wcale nie oznacza, że mogliby tak jak on odnieść sukces i zdobyć złoty medal. Oprócz wzoru do naśladowania potrzebna jest jeszcze wrodzona zdolność upodabniająca do mistrza w możliwościach działania. Mówiąc krótko, trzeba by się na nowo narodzić, czerpiąc życie z owego całkowicie nowego doskonałego człowieka.

Czy rozumiemy już, co uczynił dla nas Bóg posyłając na świat swojego Syna, Jezusa Chrystusa? Skoro pierwsze stworzenie i pierwsi ludzie zostali skażeni złem, Bóg zesłał na świat swojego Syna, który stał się Człowiekiem, aby jako zupełnie wolny od wszelkiej skazy uwolnił wszystkich ludzi do zła i dał nam nowe życie.

Posłuchajmy fragmentu listu Św. Pawła do Rzymian: Ale teraz jawną się stała sprawiedliwość Boża niezależna od Prawa, poświadczona przez Prawo i Proroków. Jest to sprawiedliwość Boża [dostępna] przez wiarę w Jezusa Chrystusa dla wszystkich, którzy wierzą. Bo nie ma tu różnicy: wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej, a dostępują usprawiedliwienia darmo, z jego łaski, przez odkupienie, które jest w Chrystusie Jezusie. Jego to ustanowił Bóg narzędziem przebłagania dzięki wierze mocą Jego krwi (Rz 3,21-25). Jezus Chrystus nas usprawiedliwia, to znaczy przywraca nam chwałę Bożą – jakość życia zgodną z zamiarem Stwórcy. Usprawiedliwienia dostępujemy wierząc w Niego i karmiąc się Jego życiem, dzięki łasce sakramentów świętych zrodzonych z Jego Krwi, czyli z ofiary na Krzyżu.

2. Człowiek osiąga usprawiedliwienie przez wiarę.

Czy powinniśmy łaknąć i pragnąć usprawiedliwienia i sprawiedliwości? Jak najbardziej! Usprawiedliwienie jest bowiem procesem przywracania nam doskonałości życia według miary jaką wyznaczył nam Bóg. Jeśli stan grzechu porównamy z chorobą polegającą chociażby na ciężkiej wadzie serca, która uniemożliwia poruszanie się, pracę i rozrywkę, to usprawiedliwienie będzie nie tylko przywróceniem pełnej sprawności, ale także nadrobieniem wszystkich zaległości powstałych z powodu choroby. Usprawiedliwienie to przywrócenie człowiekowi takiej szansy życia jaką miałby, gdyby nie zachorował.

W Chrystusie Jezusie otrzymujemy jeszcze więcej. Ponieważ On jest Pierworodnym Nowego Stworzenia, to w Nim miara ludzkiej sprawiedliwości została zrównana z doskonałością życia samego Boga. Krótko mówiąc od czasów Jezusa Chrystusa normą dla człowieka jest nie tylko unikanie zła grzechu aby żyć jak człowiek, ale osiągnięcie miłości i świętości życia aby żyć jak Syn Boży. Święty Jan napisze: Popatrzcie, jaka miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy. Świat zaś dlatego nas nie zna, że nie poznał Jego. Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim jakim jest. Każdy zaś, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty (1J 3,1-3). Jest to zapowiedź osiągnięcia zupełnie niewyobrażalnej dla nas obecnie pełni doskonałości poprzez uświęcenie w Jezusie Chrystusie. Parafrazując słowa Pana Jezusa możemy powiedzieć, że ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, jak wielkim pięknym i dobrym postanowił Bóg uczynić człowieka.

Pozostaje nam odpowiedzieć na pytanie jak tego dokonać? W liście Świętego Pawła do Galatów czytamy: A jednak przeświadczeni, że człowiek osiąga usprawiedliwienie nie przez wypełnianie Prawa za pomocą uczynków, lecz jedynie przez wiarę w Jezusa Chrystusa, my właśnie uwierzyliśmy w Chrystusa Jezusa, by osiągnąć usprawiedliwienie z wiary w Chrystusa, a nie przez wypełnianie Prawa za pomocą uczynków, jako że przez wypełnianie Prawa za pomocą uczynków nikt nie osiągnie usprawiedliwienia ( Ga 2,16) Słowa te wskazują na potrzebę posiadania wiary w Jezusa Chrystusa dla osiągnięcia usprawiedliwienia. Na czym miałaby polegać taka wiara? Jak stwierdzić czy nasza osobista wiara jest właściwa i wystarczająca do usprawiedliwienia?

Wiara przede wszystkim jest darem od Pana Boga, który otrzymujemy na chrzcie świętym. Jest ona wtedy jak ziarno zasiane w naszej duszy, które dzięki właściwej uprawie rozwija się , wyrasta i przynosi oczekiwany plon. W wielkim skrócie można powiedzieć, że indywidualny proces takiego rozwoju duchowego dokonuje się dzięki medytacji, kontemplacji, adoracji i komunii.

Siłą życia, rozwoju i wzrostu wiary jest Piękno, Prawda i Dobro. Wiara karmi się Pięknem, Prawdą i Dobrem, które mówią o Bogu i o człowieku, jako stworzeniu Bożym. Te najważniejsze wartości poznajemy dzięki Słowu Bożemu i Tradycji Kościoła. Można je zauważyć i odczytać przez medytację. Medytowanie, to zwrócenie uwagi umysłu i serca oraz próba praktycznego zrozumienia Prawdy, poznania Dobra i odkrycia Piękna jakie są ukryte w poszczególnych słowach i faktach dotyczących Wiary. Krótko mówiąc postawa medytacji jest przeciwieństwem bezmyślności i rutyny w zachowaniu zasad wiary. Człowiek medytujący, to ktoś kto po prostu chce wiedzieć, o czym do niego mówią w kościele, chce zrozumieć ważne pojęcia, znaki i wydarzenia. To ktoś, kto rozwija wrażliwość swej duszy na wielowymiarową tajemnicę Bożej obecności.

Prawda, Piękno i Dobro mają tę właściwość, że wzbudzają zachwyt. One wprowadzają człowieka w stan kontemplacji, czyli widzenia Boga oczami duszy. Kontemplacja to dostrzeganie Osoby Boga poprzez przejawy Jego obecności w słowach, znakach i wydarzeniach. To sytuacja, w której nie dostrzega się już poszczególnych elementów świadectwa o Panu Bogu, lecz samego Pana Boga we wszystkich tych elementach. Kontemplacja prowadzi do radosnego osobistego odkrycia, że Bóg jest!, że Jest blisko!, i że jest dla mnie! Oczywistą jest rzeczą, że im więcej poznania Boga poprzez medytację tym więcej motywów do kontemplacji.

Kontemplacja prowadzi z kolei do adoracji, która polega na zatrzymaniu się i trwaniu przy odkrytym w bliskości duszy Panu Bogu. Piękno, Prawda i Dobro rzeczywiście zachwycają i przyciągają budząc osobiste zaangażowanie odczuwane jako radość i szczęście. Stan adoracji odczuwa się jako doznanie zaszczytu z możliwości bycia w bezpośredniej bliskości i chłonięcia całą swoją osobą objawiającej się doskonałości Boga. Adoracja odkrywa Miłość, jako dar doskonałości Boga dla człowieka i rodzi pragnienie odwzajemnienia miłości względem Boga. Adoracja przygotowuje do służby i ofiary wobec objawiającej się Miłości Boga.

Dlatego też naturalną konsekwencją po medytacji, kontemplacji i adoracji jest komunia, czyli zjednoczenie duszy z Panem Bogiem. Komunia to nie tylko akt przyjęcia Ciała Chrystusa we Mszy świętej. To stan miłości, który poprzez gotowość służby prowadzi do złożenia Panu Bogu z samego siebie ofiary. Prawdziwa komunia to nie tylko obrzęd liturgiczny, o którym pamięć ustaje zaraz po zakończeniu Eucharystii. Dodajmy jeszcze że, sam fakt komunii prowokuje do medytacji na nieco już wyższym poziomie. Zauważenie i zadziwienie się faktem, że Bóg jest obecny w naszej duszy prowokuje do zastanowienia się, co to znaczy?. Tak może rozwijać się ów proces rozwoju wiary na coraz to wyższym poziomie poznania i zaangażowania.

Jeśli pojęcia medytacji, kontemplacji, adoracji i komunii wydają nam się zbyt teologiczne i trudne, a przez to gotowi jesteśmy cały proces duchowego rozwoju odrzucić jako zbyt skomplikowany i dla nas nieprzystępny, to zauważmy, że jest on spontanicznie stosowany także w innych ważnych sytuacjach życia.

Każda fascynacja i każde zakochanie rozwijające się ku miłości spontanicznie przebiega właśnie w ten sposób. Zaczyna się od zauważenia kogoś pięknego, prawdziwego i dobrego. To zwrócenie uwagi prowadzi do chęci poznania, wsłuchania się i wzajemnego zrozumienia. Zakochanym wcale nie jest obcy stan kontemplacji, czyli zachwytu, w którym niejako odkrywa się obraz doskonałości drugiej osoby, co z kolei rodzi postawę wzajemnego adorowania się i pragnienie komunii. Ten mechanizm jest zakodowany w ludzkiej naturze, jako dar od Pana Boga dla wzrastania w miłości. Bywa, że z powodu ułomności ludzkiej natury po grzechu pierworodnym jest on niewłaściwie wykorzystany np. dla zaspokojenia egoizmu. Nie zmienia to jednak faktu, że dzięki niemu każdy człowiek ma możliwość duchowego rozwoju. Trzeba tylko właściwie ukierunkować tę wrodzoną zdolność aby poznać Boga i wzrastać w wierze.

4. Wiara bez uczynków i uczynki bez wiary.

Dość często i dość dużo mówi się teraz o kryzysie wiary wskazując jednocześnie na brak sprawiedliwości w życiu współczesnych chrześcijan. To prawda. Wobec przejawów powiększającej się rozbieżności pomiędzy doktryną a praktyką wiary w życiu osób uważających się za członków Kościoła trudno nie uznać takiej krytyki za słuszną. Co więcej, podejmowane wysiłki mobilizowania członków Kościoła do zachowania norm wiary poprzez wykazywanie ich słuszności i konieczności zachowania, również nie przynoszą oczekiwanych efektów. Odpowiedzią na takie wymagania jest zazwyczaj stwierdzenie, że w obecnych czasach należy poddać rewizji zasady, które nie przystają do dzisiejszych poglądów. Nie da się obronić nawet najistotniejszych zasad wiary i moralności bez ukazania nie tyle ich słuszności i konieczności, lecz bez poznania samego Boga.

Pamiętajmy słowa Świętego Piotra: Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży, szukając, kogo pożreć. Mocni w wierze przeciwstawcie się jemu (1P 5,8n). Otóż chytrym podstępem diabła wobec osób ochrzczonych jest wprowadzenie ich w ślepą uliczkę złudzeń co do osobistej wiary. Złudzenie to polega na wybraniu jednego z dwóch wzajemnie uzupełniających się elementów praktyki wiary przy jednoczesnym przekonaniu, że uczyniło się już wszystko co konieczne. Jest to albo próba zachowania przekonań bez poparcia ich praktyką życia, albo praktykowanie obrzędów bez wewnętrznego przekonania.

Oto podstawowym błędem i zarazem pułapką na drodze rozwoju osobistej wiary jest poszukiwanie w niej za wszelką cenę niezwykłych emocji i przeżyć. Ich brak odbierany jest błędnie jako zanik wiary, a sztuczne ich rozbudzanie czasem uznawane jest niesłusznie za przejaw głębokiego życia duchowego. Szukanie atrakcyjnych przeżyć we Mszach świętych, rozwiniętych zjawiskowo form modlitwy i sztuczne pobudzanie serca do zachwytu albo żalu podobne jest do nieustannego odnawiania fasady domu, którego wnętrze jest puste, a fundamenty są bardzo kruche. Wiarę buduje bowiem poznanie obiektywnej Prawdy, a nie subiektywna jej interpretacja; Piękno czystego serca napełnionego łaską uświęcającą, a nie ulotna zjawiskowość nawet najbardziej wzniosłych emocji; rzeczywiste Dobro czynów miłości, a nie pozory dobra w samozadowoleniu z osiągniętych przeżyć. Wiele osób, a nawet całych grup i wspólnot religijnych ugrzęzło w takich złudzeniach, a następnie zniechęciło się do duchowego rozwoju. No cóż diabeł krąży i robi swoje.

Także powszechnym zjawiskiem jest przekonanie o posiadaniu wiary w Boga na podstawie pamięciowego opanowania kilku podstawowych wiadomości religijnych z pierwszych lat katechezy. Niestety takie zupełnie elementarne religioznawstwo nie jest równoznaczne z żywą wiarą, która powinna prowadzić do usprawiedliwienia. Infantylne podejście do spraw wiary nie wytrzymuje konkurencji z poważnymi problemami duchowymi i moralnymi jakich doświadczają ludzie dorośli. Tych problemów życia ludzi dorosłych nie da się rozwiązać dziecinną wiedzą o Bogu i religii. Jako nieużyteczna, taka wiara zostaje odrzucona, jak dziecinne ubranko z którego się wyrosło. A diabeł w kułak się śmieje.

Podobnie też praktyka rutynowego powtarzania formułek modlitewnych nie wystarcza do osiągnięcia obiecanej wierzącym sprawiedliwości. Owszem praktyka taka może być uznana za zupełnie podstawowy wyraz wierności – znak pamięci o sprawach Bożych. Jednak bez zrozumienia treści, bez doświadczenia spotkania z Bogiem niewiele może zmienić się w ludzkiej duszy. Dlatego również i w tym przypadku praktyka modlitwy, jako nie przynosząca oczekiwanych efektów w życiu, zostaje odsunięta na margines, albo zupełnie zaniedbana.

Z tych samych przyczyn zanika uczestniczenie wiernych w życiu sakramentalnym. Rutynowe „chodzenie do kościoła” wcale nie oznacza doświadczenia komunii z Bogiem w czasie Mszy świętej. Bez tego doświadczenia sama praktyka nie usprawiedliwia, więc zostaje zaniedbana jako pusta i bezużyteczna. Wiele osób przychodzących do kościoła, a nie uczestniczących w pełni we Mszy świętej, pomimo zaniedbywania spowiedzi i komunii świętej przez długie miesiące, trwa w przekonaniu, że jak najbardziej wypełnia zalecenia wiary. Może tylko dziwią się, że nic w ich życiu duchowym i moralnym się nie zmienia. A może nawet już się temu też nie dziwią. Podobna sytuacja jest w przypadku tylko zewnętrznego przeżycia obrzędów sakramentu bierzmowania czy też małżeństwa. Przy tak rutynowym potraktowaniu są one – owszem – jak najbardziej ważne, jednak zupełnie bezowocne w życiu wiernych. Nic nie zmieniają więc wydają się zbędnym balastem.

Osobiste i zupełnie subiektywne przekonania na temat wiary bez praktykowania wskazanych wcześniej elementów jej rozwoju są złudzeniem, w którym chętnie utrzymuje człowieka diabeł, doskonale wiedząc, że takie wierzenie nie daje człowiekowi szans usprawiedliwienia. Podobnie też praktykowanie obrzędów bez wewnętrznego przekonania i koniecznej ufności wobec Boga, także nie prowadzi do sprawiedliwości. Trudno zatem w takich przypadkach mówić o łaknieniu i pragnieniu sprawiedliwości, albowiem w sprawach duchowych jest podobnie jak i z pokarmem dla ciała: apetyt rośnie w miarę jedzenia. Nie można łaknąć i pragnąc czegoś czego się nigdy nie zasmakowało. Nie można tęsknic za życiem na miarę Prawdy, Piękna i Dobra, jakie objawiał swoją obecnością Jezus Chrystus, jeśli się nigdy na Niego z uwagą nie spojrzało.

A gdyby tak potraktować poważnie wskazania Błogosławieństw? Spróbować zaufać pokazanej drodze i najpierw uczynić dla Boga trochę miejsca w godzinach naszego życia, a przez to także i w sercu. Stać się ubogim czyli wolnym od zgiełku i zbędnego bałaganu świata. Gdyby tak pozwolić sobie na trochę smutku – uznania zła za złu i winy za winę, podjęcie szczerego żalu i pokuty za grzechy. Gdyby w praktykach religijnych nie szukać niezwykłych emocji i sensacyjnych przeżyć, lecz cicho i pokornie stosować się do zwykłych i prostych zaleceń Kościoła – regularnej spowiedzi i systematycznego pełnego uczestniczenia we Mszy świętej, codziennej szczerej rozmowy z Bogiem na modlitwie. Gdyby tak być trochę bardziej uważnym i wrażliwym na to, co mówimy i jakie gesty czynimy w kościele. Uwierzyć, że to wszystko nie jest na niby i dla świętego spokoju sumienia, lecz naprawdę po to, aby osiągnąć szczęście. Gdyby tak zatęsknić za takim życiem jakie obiecał nam Bóg, może byśmy wtedy poczuli moc tego Błogosławieństwa: Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni (Mt5,6).

Możliwość komentowania jest wyłączona.